Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Niezasłużone zwycięstwo słabiutkiego Lecha

włącz .

Nie miał prawa zwyciężyć demonstrując przez cały mecz poziom katastrofalny. Nie przeprowadził ani jednej sensownej akcji. Po strzeleniu przypadkowego gola w pierwszej połowie, w drugiej zainteresowany był dowiezieniem wyniku do końca. Nie potrafił stworzyć zagrożenia. Dał się zepchnąć do obrony, momentami rozpaczliwej, podczas której popełniał juniorskie błędy i nikt właściwie nie wie, jakim cudem nie stracił bramki.

Wydawało się, że Lech zechce zmazać fatalne wrażenie, jakie zostawił po sobie w Szczecinie i będzie dążyć do zwycięstwa. Korona znana jest z odważnej gry, więc można było się spodziewać, że ruszy na gospodarzy od pierwszych minut. Nic takiego nie nastąpiło. Goście grali uważnie w defensywie, skupieni na własnej połowie, dopiero kiedy udawało się przejąć piłkę nacierali większą liczbą zawodników. A udawało się to coraz częściej, bo Lechowi nie wychodziło kompletnie nic. Prezentował poziom A-klasowy.

Boczni obrońcy nie włączali się do ofensywy, zwłaszcza De Marco. Gytkjaer znów nie brał udział w meczu, bo Makuszewski, Majewski, Situm zamiast do niego podawać, decydowali się na indywidualne akcje i strzały. Jedynym zawodnikiem, któremu chciało się iść do przodu, wywierać presję na obrońcach Korony, był Trałka. I to właśnie on zdobył gola, choć więcej w tym było przypadku niż czyjejkolwiek zasługi. Błąd popełnił bramkarz, który od pierwszych minut ostentacyjnie zwalniał grę, celebrował wprowadzanie piłki do gry. Trałka w zamieszaniu szczęśliwie skierował piłkę za linię bramkową.

Goście natychmiast przeszli do ataku, a Lech nawet nie próbował tego wykorzystać. Korona stosowała pressing, a spanikowani piłkarze lidera tabeli podawali do najbliższego kolegi lub wycofywali piłkę do bramkarza, który ją na ślepo wybijał. Putnocky otrzymywał więcej podań niż piłkarze ofensywni, częściej był przy piłce niż Gytkjaer, czy Situm. Oglądanie takich „popisów” było dużą przykrością, szczególnie po przerwie, gdy Korona całkowicie zdominowała ciężko przestraszonego Lecha. Nacierała całą drużyną, jakby wiedziała, że nie ma co się bać kontr. I rzeczywiście, nie było ani jednej, przez cały mecz. Makuszewski próbował zapędzić się z piłką pod bramkę, ale kończyło się to stratą, albo mniej lub bardziej urojonym faulem.

Koronie nie udało się zdobyć gola nawet z rzutu karnego. Sędzia (bardzo zresztą słaby) podyktował go po bezmyślnym faulu De Marco. Zaatakował przeciwnika z tyłu, gdy ten opuszczał już pole karne. Na szczęście Lech ma Putnocky’ego, a Korona Kiełba. Słowak ma patent na bronienie „jedenastek”, a Kiełb, który niegdyś nie wytrzymał presji grania w Poznaniu, teraz też się spalił, potężne gwizdy i tradycyjna „podpowiedź” Trałki źle na niego podziałały. Strzelił beznadziejnie.

O wiele więcej i ciekawiej było na widowni, gdzie kibice świętujący jubileusz Ultras Lech’01 przez cały mecz świetnie się bawili. W związku z zadymieniem stadionu sędzia przedłużył pierwszą połowę o 4 minuty, a drugą o 8, co było dodatkową szansą dla nie ustających w atakach gości. Lech jakoś się wybronił. Najbardziej niezwykłe w tym wszystkim jest to, że utrzymał fotel lidera, mimo iż gra najsłabiej od czasu, gdy Jan Urban przegrywał sezon. Za tydzień trzeba się będzie zmierzyć z tym właśnie trenerem. Po meczu Nenad Bjelica z rozbrajającą szczerością wyznał, że nie wie, skąd bierze się taka słabość jego drużyny. Nadzieja, że przez kilka dni stanie ona na nogi, jest właściwie żadna.

Lech Poznań – Korona Kielce 1:0 (1:0)

Bramka: Łukasz Trałka (35)

Kartki: Gumny - Jukić, Kiełb, Kovacević, Diaw.

Lech: Matus Putnocky - Robert Gumny, Lasse Nielsen, Emir Dilaver, Vernon De Marco - Abdul Aziz Tetteh, Łukasz Trałka, Radosław Majewski (68. Darko Jevtić) - Maciej Makuszewski (80. Nicklas Barkroth), Christian Gytkjaer (72. Nicki Bille), Mario Situm.

Korona: Zlatan Alomerović - Bartosz Rymaniak, Pape Diaw, Adnan Kovacević, Ken Kallaste - Jakub Żubrowski, Mateusz Możdżeń (89. Fabian Burdenski) - Ivan Jukić (79. Łukasz Kosakiewicz), Gorac Cvijanović (66. Krystian Miś), Michael Gardawski - Jacek Kiełb.

Widzów: 21 tys.