Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech w Szczecinie, czyli potęga strachu

włącz .

Trener Lecha opowiadał, że jego drużyny zawsze grają ofensywnie, do przodu. Podobno bywał oklaskiwany nawet po porażkach, właśnie za widowiskową, odważną grę. Zapewniał, że to leży w jego naturze, więc tak będzie zawsze, także w Lechu. Po meczu w Szczecinie i niejednym wcześniejszym wiemy, że były to czcze przechwałki. Albo nastawił swych piłkarzy ultra defensywnie, albo zagrali tak wbrew ustaleniom z trenerem. Jedno i drugie chwały Bjelicy nie przynosi.

Grać tak, jak w Szczecinie Lechowi po prostu nie wypada. To prawda, że nie można było skorzystać z umiejętności Jevticia, Gajosa, Makuszewskiego, a Majewski wszedł na boisko w samej końcówce. To jednak żadne wytłumaczenie. Skąd ta słabość Barkrotha, czołowego skrzydłowego ligi szwedzkiej? Dlaczego Situm zachowywał się niczym ciężko wystraszony junior? Czy Raduta nie stać na obsłużenie napastnika przynajmniej jednym dobrym podaniem? Skoro podejmuje się decyzję o schowaniu się za podwójną gardą, trzeba być konsekwentnym i w miejsce osamotnionego, zbędnego na boisku Gytkjaera wpuścić dodatkowego obrońcę, by potężnej ofensywie Pogoni postawić jeszcze większy opór.

Niby ogólny bilans się zgadza, po wywalczeniu w Szczecinie bezcennego punktu Lech wciąż jest liderem, do tej pory w lidze przegrał tylko raz. Kibiców średnio to cieszy. Obecna pozycja w tabeli niczego nie daje, a postawa drużyny i jej obecny poziom wręcz wyklucza osiągnięcie czegokolwiek wartościowego. Skoro z Pogonią zagrała tak bojaźliwie, to co pokaże, gdy kolejno trzeba będzie pojechać do Wrocławia, przyjąć u siebie Legię, zagrać w Białymstoku i Gdańsku, u siebie zmierzyć się z Wisłą? Jak tu się nie przestraszyć tak poważnych wyzwań? Skąd czerpać wiarę, że Lech z dnia na dzień zamieni się w drużynę waleczną?

Kibice Lecha skarżą się, że oglądanie ostatniego meczu ich drużyny było przeżyciem ciężkim. W komentarzach przewijają się takie określenia, jak „ból zębów”, „ból głowy”, „wymioty”, „chęć wyłączenia telewizora”, „męczarnia”, „bezradność i wściekłość”. Czy punkt, który udało się ze Szczecina przywieźć, zrekompensuje to wszystko, co klub stracił w oczach fanów i widzów neutralnych? Chyba gra nie była warta świeczki. Lepiej już podjąć walkę, zaryzykować. Może udałoby się zdobyć gola i liczyć, że Pogoń, która u siebie od dawna nie wygrywa, znów nie da razy pokonać bramkarza rywala. Gdyby nawet plan ten się nie powiódł, nikt by nie miał pretensji, bo zespół przynajmniej by spróbował.

Od jakiegoś czasu to, co widzimy na boisku drastycznie kłóci się z tym, co słyszymy od trenera i zawodników. Mowa była o dwóch tygodniach spokojnej pracy, wypracowywaniu automatyzmów, odzyskiwaniu świeżości, bojowym nastawieniu i rewanżu za lanie w Pucharze Polski. Potem przychodzi mecz i widzimy coś, czego się nie spodziewaliśmy: Lecha sparaliżowanego strachem przed kolejną klęską w Szczecinie, schowanego na własnej połowie, nie podejmującego walki, nie potrafiącego rozegrać ofensywnej akcji z trzema-czterema podaniami. Czujemy się rozczarowani i oszukani. Uświadamiamy sobie, że po przerwie na mecze reprezentacji Lechowi nigdy nie grało się dobrze. Tylko po co było to zaklinanie rzeczywistości, te wszystkie zapowiedzi i zapewnienia?

Kolejorz ma liczny skład, ale przekonaliśmy się właśnie, ile warci są zmiennicy najlepszych zawodników. Barkroth to piłkarz, po którym wszyscy spodziewali się więcej. Po dwóch tygodniach „spokojnej pracy” zagrał słabiutko, w dodatku narażał drużynę na niebezpieczeństwo tak podając w poprzek boiska, że po łatwych przechwytach Pogoń mogła wyprowadzać kontry. Tak się nie gra nawet w kiepskiej polskiej lidze. To kryminał, taktyczny analfabetyzm. Lepsza drużyna potrafiłaby takie prezenty wykorzystać.

Jeden i drugi duński napastnik żyje z podań. Różnią się między sobą tym, że ten młodszy potrafi zamieniać je na bramki, a starszy nie. Kiedy podań brakuje, ich klasa zrównuje się, obaj są jednakowo nieprzydatni. Równie dobrze można posłać do „boju” któregoś z juniorów, by trochę sobie pobiegał, oswoił się z nieprzyjaznym otoczeniem, zaliczył minuty w dorosłej drużynie. Rolą pomocników jest zasilanie napastników podaniami. Radut tego nie potrafi. Lepszy był z niego pożytek, gdy schodził na skrzydło wykorzystując nieobecność na boisku Situma. Chorwat był w składzie, ale tylko teoretycznie. W grze praktycznie udziału nie brał.

W tym sezonie tylko dwukrotnie można było być w miarę zadowolonym z postawy piłkarzy Lecha: w meczu przeciwko FK Haugesund i przeciwko FC Utrecht. W lidze nie grali dobrze nawet gdy odnosili zwycięstwa. Daleko im do formy z początku roku, gdy zaskakiwali rywali ofensywą, nieustannym pressingiem. Teraz albo bywają zmęczeni podróżami i częstymi meczami, albo wybici z rytmu przez dwutygodniową przerwę w rozgrywkach. Nic nie zwiastuje poprawy. Dobrze by było, gdyby zdali sobie sprawę, jak wielkie są oczekiwania kibiców. Krytykują ich po każdej porażce, może czasami w sposób przesadny, ale teraz sytuacja jest gorsza. Krytykują ich nie za stratę punktów, lecz za to, że nie odważyli się po nie sięgnąć.

Józef Djaczenko