Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech pewnie, choć nie bez problemów ograł Termalikę

włącz .

To nie był porywający mecz w wykonaniu Kolejorza. Mnożyły się błędy w obronie i w ofensywie, udało się jednak zdobyć trzy gole i odnieść zwycięstwo. Zadecydowały wyższe umiejętności piłkarzy Lecha, ale trudno być zadowolonym z postawy całej drużyny. Nie potrafiła zagrać na wysokim, równym poziomie. Gdyby mierzyła się z kimś lepszym niż zespół Rumaka, trudno byłoby o sukces.

Trener spełnił obietnicę – zaprzestał stosowania dużych zmian w składzie. Znów jednak zamieszał w obronie, czyli formacji, dla której cenne jest zgranie, ale której nie zdarza się rozegrać dwóch kolejnych spotkań w tym samym zestawieniu. Zmianę wymusił mięśniowy uraz Vujadinovicia. Partnerem Czarnogórca był dotychczas Janicki. Bjelica zdecydował się na inny wariant – postawił na Nielsena i przesuniętego do środka Dilavera oraz na Gumnego po prawej stronie.

Mecz toczył się na mokrej murawie, przy padającym deszczu. Aż się prosiło o wykorzystanie umiejętności technicznych piłkarzy, szybką wymianę podań. A jak zaczął to spotkanie Lech? Od ślamazarnych akcji, wycofywania piłki na własną połowę, gdzie wymieniali ją obrońcy, a gdy przeciwnik przycisnął, uruchamiali bramkarza, który kopał byle dalej. Atak pozycyjny w wykonaniu Kolejorza nie istniał. Były tylko kilkudziesięciometrowe podania do osamotnionego Gytkjaera.

Źle się patrzyło na taką grę, zwłaszcza kiedy zaczęła się walka wręcz. Po powietrznych starciach sędzia musiał przerywać mecz, by służby medyczne mogły udzielić pomocy poszkodowanym. Ofiarą jednego z pojedynków padł Łukasz Trałka, zdzielony ręką w twarz. Padł zakrwawiony ma murawę, w ten sposób mecz w Niecieczy dla niego się skończył, na boisko musiał wejść Tetteh. Zrobiło się nerwowo, bo rezerwowi i trenerzy byli przekonani, że sędzia Musiał okazuje gospodarzom nadmierną pobłażliwość. Sprawca nieszczęścia Trałki nie zobaczył nawet żółtej kartki.

W miarę upływu czasu ujawniła się przewaga Lecha, z której jednak nie wynikało nic. Brakowało dokładnego rozegrania, nie było korzyści ze skrzydłowych. Situm przegrywał indywidualne pojedynki, a Makuszewski nie potrafił dobrze dośrodkować. W tej sytuacji duński napastnik statystował na boisku, nie miał kto go obsłużyć, a kiedy wreszcie doczekał się dobrego podania, był tym tak zdziwiony, że nie dał rady opanować piłki. Za rozgrywanie brali się obrońcy, bo na pomocników nie było co liczyć. Gospodarze stworzyli zagrożenie po stałym fragmencie gry, na posterunku był na szczęście Putnocky. Lechowi nic nie dawały rzuty rożne, gdy już udało się je wywalczyć.

Nie wiadomo, czym spowodowana była niedokładność w grze Lecha. Podania łatwo przechwytywali przeciwnicy, raz po raz źle uderzona piłka frunęła na aut. Wydawało się, że w pierwszej połowie nie zdarzy się nic szczególnego, ale wystarczyła jedna jedyna klasyczna akcja skrzydłem, by Lech strzelił gola „do szatni”. Z piłką otrzymaną od Makuszewskiego rozpędził się Gumny, dośrodkował na krótki słupek, a Gytkjaer w swoim stylu dostawił nogę. Sędzia przedłużył pierwszą połowę o pięć minut. Gospodarze odważniej zaatakowali, ale Lecha nie było stać na skuteczną kontrę. W dodatku centymetrów zabrakło do wyrównania – Śpiączka trafił w słupek.

Było oczywiste, że po przerwie gospodarze zaatakują ile sił, by szybko wyrównać. Lech im to uniemożliwił łatwo odbierając piłkę, zmuszając rywala do błędów. Miał kontrolę nad meczem, rozgrywał piłkę swobodnie, niestety głównie na własnej połowie. Szybko stracił największy swój atut ofensywny – Christiana Gytkjaera, skarżącego się na uraz stopy. Zastąpił go rodak, znacznie odbiegający klasą – Nicki Bille. A jednak Lech zdobył drugiego gola, i to bliźniaczo podobnego do tego pierwszego. Nieobecnego Gytkjaera wyręczył obrońca pokonując własnego bramkarza po dośrodkowaniu Makuszewskiego z prawej strony boiska.

Nic jeszcze nie było przesądzone. Kontaktowy gol mógł zmienić przebieg meczu i gospodarze zdawali sobie z tego sprawę. Lech starał się utrudniać im zadanie, neutralizować ataki i przechodzić do ofensywy. Przy lepszej, a przede wszystkim dokładniejszej grze łatwo mógł skarcić Termalikę. W 71 minucie było tego blisko, bo dobry rajd przeprowadził Makuszewski. Dobrze podał przed bramkę, ale tam Majewski i Kostewycz spisali się katastrofalnie. Jeden nie trafił w piłkę, drugi posłał „świecę” nad bramkę. Kilka minut później przed znakomitą okazją bramkową stanął Majewski. Znów jednak strzelił beznadziejnie marnując szansę na zamknięcie meczu. W sytuacji sam na sam Bille strzelił celnie, piłka jednak odbiła się od ręki obrońcy. Sędzia nie zareagował.

Taka nieskuteczność szybko się zemściła, bo Termalika wróciła do meczu zdobywając całkowicie przypadkowego gola. Piłka po strzale sprzed pola karnego zmierzała w aut, ale na jej drodze stanął Lasse Nielsen. Po rykoszecie Putnocky był bez szans. W Termalikę wstąpił nowy duch, wszak ta drużyna specjalizuje się w zdobywaniu decydujących goli w samej końcówce. Nie czekała nas jednak nerwówka do ostatnich sekund, bo Lech przeprowadził jeszcze jedną akcję prawą stroną boiska. Tuż przed linią końcową piłkę przejął Barkroth, który w międzyczasie zastąpił Makuszewskiego i podał pod bramkę, wprost na głowę Majewskiego. Ten tym razem szansy nie zmarnował. Stało się oczywiste, że Lech przywiezie z Małopolski trzy punkty.

Bruk-Bet Termalika Nieciecza – Lech Poznań 1:3 (0:1)

Bramki: Miković (83) – Gytkjaer (43), Putiwcew 61 samob.), Majewski (87).

Żółte kartki: Gutkovskis, Słaby, Miković - Majewski, Makuszewski

Termalika: Jan Mucha - Patryk Fryc, Akos Kecskes (37. Samuel Stefanik), Artem Putiwcew, Kamil Słaby (78. Jakub Wróbel) - Vladislavs Gutkovskis, Vlastimir Jovanović (62. Patryk Misak), Mateusz Kupczak, Łukasz Piątek, Martin Miković - Bartosz Śpiączka.

Lech: Matus Putnocky - Robert Gumny, Emir Dilaver, Lasse Nielsen, Wołodymyr Kostewycz - Łukasz Trałka (22. Abdul Aziz Tetteh), Maciej Gajos, Radosław Majewski - Maciej Makuszewski (75. Nicklas Barkroth), Christian Gytkjaer (52. Nicki Bille), Mario Situm.