Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Sierpień bezlitosny dla trenerów Lecha. Wszystkich

włącz .

Porażki faworytów z niżej notowanymi drużynami to urok rozgrywek pucharowych. Właśnie po to są organizowane, by sypało niespodziankami, by każdy słabeusz mógł wznieść się na wyżyny i błysnąć choćby na chwilę. Szybkie odpadnięcie Lecha z Pucharu Polski to żadna sensacja, zwłaszcza po meczu z drużyną z ekstraklasy. Jednak sposób gry woła o pomstę do nieba. Sezon, który miał być wyjątkowy, został zmarnowany. Pozostała jeszcze wprawdzie liga, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie postawi na sukcesy Lecha. Takiego Lecha.

Nadzieje były ogromne. Odeszli wprawdzie młodzi, perspektywiczni gracze, ale nie za darmo. Zapewnili klubowi dopływ ogromnych jak na polskie warunki pieniędzy. W ich miejsce do drużyny dołączyli zawodnicy o uznanej klasie, a kilku z nich to znajomi trenera, sprowadzeni na jego życzenie. Na kibiców zadziałało to pozytywnie. Atmosfera wokół klubu poprawiała się z dnia na dzień, oczekiwania były niemałe, bo wszyscy czekali, aż ta wielka armada rozpędzi się, ujawni swą moc, przejedzie się po przeciwnikach. Rozczarowania przyszły niemal natychmiast, a ich apogeum nastąpiło w Szczecinie. Każda porażka boli, ale poniesiona bez walki budzi wściekłość.

Sam trener przyznał, że piłkarze zagrali na 70 procent, nie podjęli prawdziwej walki. Skutki takiej postawy są nieodwracalne, marsz na Stadion Narodowy zakończył się przed postawieniem pierwszego kroku. Skoro trener ma świadomość straty poniesionej przez klub i wie, kogo za nią winić, to nie może teraz udawać, że nic się nie stało i zapowiadać, że drużyna w najbliższym spotkaniu ligowym odzyska zaufanie kibiców. Nie odzyska. Choćby dlatego, że ich nie będzie. Powtórzy się sytuacja z poprzednich – właściwie wszystkich! – sezonów, gdy w środku lata, na starcie rozgrywek, drużyna wpadała w potężny, wymagający drastycznych kroków kryzys, a stadion pustoszał z meczu na mecz.

Skoro mamy do czynienia z taką powtarzalnością, to trudno o nią winić wszystkich po kolei trenerów, czy piłkarzy. Przyczyna tkwi głębiej, w strukturze tego klubu, sposobie prowadzenia go. Trudno nie dostrzec braku stabilizacji, sensownego planu na lata, uniezależnienia się od bieżących niepowodzeń. Podobno wzorem dla Lecha jest FC Basel, organizm fachowo zarządzany przez ludzi znających się na futbolu, działających według określonych reguł. Tam każdy trener musi podporządkować się przyjętej strategii budowy i prowadzenia drużyny, doskonalić obowiązujący styl gry. W Lechu strategię buduje każdy nowy trener. Pełni funkcję dyrektora sportowego i szefa skautingu. Kiedy są zwycięstwa, wszystko jakoś się kręci. Porażki destabilizują cały klub.

Lech sprowadził ośmiu nowych piłkarzy, by zapewnić sobie skuteczną grę na kilku frontach. Chcąc wszystkich wdrożyć do gry i postępować sprawiedliwie, trener dawał szansę wszystkim, stosował coś większego niż rotacja, bo po kolejnych spotkaniach miejsce w drużynie zachowywało najwyżej kilku graczy. W rezultacie zespół grał chaotycznie i bardzo nierówno. Potrafił wykazać maksymalne zaangażowanie, ale i stać go było na występy kompromitujące, jak w Płocku, czy Szczecinie. Zagubienie i brak zgrania są wytłumaczalne, zmian w składzie było przecież więcej niż rozsądek dyktuje, szczególnie cierpiała na tym defensywa, zawodzili bramkarze, zwłaszcza jeden. Ale jak wytłumaczyć brak ambicji? Kiedyś podejrzewalibyśmy, że piłkarze znów chcą zwolnić niewygodnego trenera. Teraz nie ma o tym mowy, bo to w znacznej części zaufani ludzie Bjelicy.

Zniechęceni tym, co w poprzednich sezonach działo się w klubie, kibice powoli wracali na stadion. Proces ten zostanie wstrzymany. Jak się okazuje, nie wystarczy rozbudzić oczekiwań sprowadzeniem solidnie prezentujących się piłkarzy. Trzeba mieć drużynę, i to nie taką, która potrafi wygrać pojedyncze mecze, czy nawet ich serię. Potrzebna jest taka, co nie zawodzi w krytycznych momentach, nie poddaje się bez walki, nie odpuszcza spotkań. Kiedy do klubu przyszedł chorwacki trener, miało być inaczej niż do tej pory. Nadszedł jednak feralny dla Lecha sierpień i okazało się, że nie ma wyjątków, każdy szkoleniowiec boryka się z tymi samymi problemami, nie radzi sobie. Lech potrzebuje kogoś, kto nad tym zapanuje i sprawi, że za rok nie przeżyjemy tego samego, co za Bakero, Rumaka, Skorży, Urbana, Bjelicy…

Józef Djaczenko