Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech już poza pucharami. Walczył dzielnie, ale nie dał rady

włącz .

Blamażu tym razem nie było, Lech pożegnał się z Europą po zaciętym, pasjonującym meczu, który mógł się ułożyć na jego korzyść. Podtrzymał jednak tradycję: znów nie wygrał spotkania o wysoką stawkę. Piłkarzom trzeba przyznać, że dali z siebie wszystko. Mieli pecha, bo trafili na zespół z ligi, w której gra się na bez porównania wyższym poziomie niż w Polsce. FC Utrecht miał wystarczająco dużo jakości, by nawet nie będąc wysokiej formie wyeliminować Lecha.

Zainteresowanie tym meczem przerosło oczekiwania. Na trybunach zasiadło ponad 33 tysiące widzów. Nie wszyscy zdążyli na pierwszy gwizdek sędziego. Kto się spóźnił choćby minutę, nie przeżył rozczarowania, bo goście już po 45 sekundach objęli prowadzenie. Lech rozpoczął ze środka, ale szybko piłkę stracił, a potem już tylko przyglądał się, w jak prosty sposób zostaje ona przez Holendrów rozegrana. Wystarczyło im kilka podań, dośrodkowanie z prawej strony do stojącego samotnie Kerka, który bez żadnych problemów pokonał Putnocky’ego.

Piłkarze Lecha dali sobie sporo czasu na wyjście z szoku. Nie rzucili się natychmiast do odrabiania strat, choć potrzebowali teraz dwóch goli do awansu. FC Utrecht nie na wiele im pozwalał. To drużyna doskonale zorganizowana. Skróciła pole gry, obrońcy wychodzili daleko od swojej bramki i stali w linii uniemożliwiając gospodarzem płynne rozgrywanie akcji, a ich zawodnicy ofensywni stosowali pressing, nie dawali swobody wyprowadzającym piłkę zawodnikom Kolejorza. Po każdym przechwycie potrafili szybkimi podaniami, w kilka sekund zagościć pod bramką Putnocky'ego, stworzyć zagrożenie. W Polsce żadna drużyna nie potrafi grać w ten sposób.

Mimo niekorzystnej sytuacji kibice nie opuścili swej drużyny, wspierali ją niesamowicie, stworzyli świetną atmosferę. Lechowi kilka razy udało się znaleźć pod holenderską bramką. Po rzucie wolnym Majewskiego piłka otarła się o poprzeczkę. Próbował strzelać Situm, a rozkręcający się Makuszewski raz po raz szarżował prawym skrzydłem. Na przebój poszedł Majewski i złożył się do strzału wykorzystując odrobinę przestrzeni, jaką tym razem zostawili mu obrońcy. Uderzenie kompletnie mu nie wyszło, ale piłka jakimś cudem dotarła do Gytkjaera, co mogło sprawiać wrażenie pięknej asysty. Tyle, że Duńczyk znajdował się na dwumetrowym spalonym i kiedy pokonał bramkarza strzałem z bliska, wszyscy czekali na podniesienie przez sędziego chorągiewki. Gol jednak został uznany, co wprawiło stadion w ekstazę.

Zrobiło się jeszcze głośniej, a niesieni dopingiem Lechici zaczęli szturm na bramkę. Mnożyły się groźne okazje, Holendrzy długimi minutami ograniczali się do obrony, momentami rozpaczliwej. Energii Lechowi wystarczyło do końca pierwszej połowy. Po przerwie spasował, za to FC Utrecht przejął inicjatywę. Miał już w składzie Ayouba, swoją czekającą na transfer gwiazdę. Marokańczyk wszedł na boisko i zaczął napędzać ataki swej drużyny. Stworzyła ona trzy bardzo groźne sytuacje. Raz nawet zdobyła bramkę, ale sędzia jej nie uznał. Kolejorz otrząsnął się i ruszył do przodu. W ataku pierwsze skrzypce grał niezwykle aktywny Gytkjaer. Nie było dla niego straconych piłek, przejmował je po długich podaniach, odgrywał, atakował obrońców i bramkarza pressingiem, wszędzie go było pełno. To napastnik pełną gębą.

Trener dokonywał ofensywnych zmian zostawiając na boisku graczy przednich formacji. 20 minut przed końcem szanse Lecha na strzelenie gola wzrosły, bo FC Utrecht grał w osłabieniu po czerwonej kartce dla Leeuwina, za dwie żółte. Przewaga była duża, nic z niej jednak nie wynikało. Sędzia przedłużył spotkanie aż o 7 minut karząc Holendrów za bezczelną grę na czas, na którą zresztą podczas meczu nie reagował. Nie przeszkadzało mu, gdy piłkarze FC Utrecht zamiast wyrzucać piłkę z autu raczyli się napojami, symulowali ciężkie kontuzje żądając przerwania meczu.

To było bardzo długie 7 minut, wiele się wydarzyło. Lech miał kilka okazji brakowych, w tym jedną kapitalną, gdy Rakelsowi centymetrów zabrakło, by tuż przed linią bramkową dotknąć piłki. Holendrzy natomiast brutalnie i po mistrzowsku wykorzystali błąd Makuszewskiego przy wyprowadzaniu piłki. Przejęli ją, a Ayoub zakończył kontrę piękną asystą do Labyada. Byli przekonani, że awans mają w kieszeni. Lech jednak nie zrezygnował z ataku i Gytkjaer niemal natychmiast zdobył gola w podbramkowym zamieszaniu. Ostatnie kilka minut to napór Lecha, wrzucanie piłki w pole karne, gdzie powstawało zamieszanie, ale Holendrzy za każdym razem jakoś potrafili się wybronić i dowieźli szczęśliwy, bramkowy remis do ostatniego gwizdka.

Lech Poznań – FC Utrecht 2:2 (1:1)

Bramki: Gytkjaer 2 (25 i 90+3) – Kerk (1), Labyad (90).

Żółte karki: Vujadinović, Situm, Nicki Bille – Janssen, van der Maarel, Leeuwin, Ayoub

Czerwona: Leeuwin (za drugą żółtą)

Lech: Matus Putnocky - Emir Dilaver (80. Deniss Rakels), Nikola Vujadinović, Rafał Janicki, Wołodymyr Kostewycz - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh (85. Nicki Bille), Radosław Majewski - Maciej Makuszewski, Christiaj Gytkjaer, Mario Situm (71. Nicklas Barkroth)

FC Utrecht: David Jensen - Sean Kleiber, Mark van der Maarel, Willen Janssen, Edson Braafheid (69. Robin van der Meer) - Sander van De Streek, Ramon Leeuwin, Urby Emmanuelson (46. Yassin Aayub) - Zakaria Labyad - Gyrano Kerk (74. Giovanni Troupee), Cyriel Dessers.