Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Piast zdemolowany, choć nic tego nie zapowiadało

włącz .

To był niesamowity mecz. Dowiódł, jak nieprzewidywalny jest futbol, jak wiele może się zmienić w trakcie gry, jak zawodne jest ferowanie przedwczesnych wyroków, wyrażanie opinii zanim zabrzmi ostatni gwizdek sędziego. Pojedynek z Piastem Lech zaczął beznadziejnie, jakby sabotował kolejny mecz ligowy. Nic nie wskazywało tego, co wydarzy się w drugiej połowie, szczególnie po dokonaniu zmian. Goli mogo być jeszcze więcej.

Pierwsze pół godziny było w wykonaniu Lecha beznadziejne. Nic mu nie wychodziło, piłkarze ruszali się jak muchy w smole, a panująca na wysokości boiska duchota tylko częściowo ich rozgrzeszała. Mało brakowało, a gospodarze już po kilkudziesięciu sekundach straciliby gola, po kompromitującym błędzie Lasse Nielsena. Rozpaczliwa obrona zapobiegła nieszczęściu. Wiadomo, że Lechowi trudno zmobilizować się do wysiłku w lidze po meczu pucharowym, ale tym razem było gorzej niż kiedykolwiek. Już po kwadransie słychać było pierwsze gwizdy, niezadowolenie kibiców nasilało się po kolejnych błędach, fatalnych stratach.

Piast sprawiał lepsze wrażenie. Nie popełniał tylu kiksów, co Lech, był dobrze zorganizowany, łatwo odzyskiwał piłkę i płynnie przechodził do ofensywy. Wydawało się, że bezbramkowy remis to wszystko, na co Lech może tego dnia liczyć. Nicki Bille znów nie istniał. Nie było okazji brakowych, groźnych strzałów. Wszystko zmieniło się po 25 minutach, gdy sędzia zarządził przerwę na uzupełnienie płynów. Lech przyspieszył, pokazał kilka akcji rozegranych w żywszym tempie. Świetnie spisał się ten, do którego można było mieć najmniej pretensji: Kamil Jóźwiak. Szybko rozegrał akcję z Kostewyczem, wpadł w pole karne, biegł wzdłuż linii rożnej, a obrońca zatrzymał go faulem. Rzut karny wykorzystał najsłabszy na boisku Bille.

Oby tylko udało się ten wynik dowieźć choćby do przerwy – wzdychali kibice. Lech otrzymał jeszcze więcej. Po kolejnej szybkiej akcji Makuszewski wpadł w pole karne z drugiej strony boiska, mógł odgrywać, zdecydował się na potężne uderzenie „pod ladę” i Lech prowadził 2:0. Lepiej nie mogło się ułożyć. W drugiej połowie Kolejorz grał lepiej niż w pierwszej. Zaczął wreszcie tworzyć dobre okazje bramkowe. Najlepszą koncertowo zmarnował Bille. Kolejnej nie wykorzystał Majewski. Kiedy wydawało się, że wreszcie mecz jest pod kontrolą Lecha, Piast zdobył kontaktową bramkę. Vassiljev z rzutu wolnego nie strzelał, lecz obsłużył kolegów, którzy wykorzystali błąd defensywy Lecha.

Na szczęście sędzia zarządził kolejną przerwę na nawodnienie i Lech znów złapał oddech. Wreszcie z dobrej strony pokazali się nowi zawodnicy, wpuszczeni w drugiej połowie na boisko – Gytkjaer i Barkroth. Szwed w ciągu kwadransa wykonał więcej groźnych dośrodkowań niż Makuszewski, a Duńczyk pokazał, co to znaczy instynkt strzelca. Uderzał z bliska, z pierwszej piłki. W drugim przypadku wykorzystał doskonałe podanie Gumnego. W międzyczasie gola uderzeniem z pola karnego zdobył Trałka. To nie koniec, bramek mogło paść więcej, bo obrona Piasta stanęła w miejscu, przestała walczyć, czekała na końcowy gwizdek. Lech zwyciężył wysoko, choć początkowo wydawało się, że kibicom grozi jeszcze jedno upokorzenie.

Lech Poznań – Piast Gliwice 5:1 (2:0)

Bramki: Nicki Bille (40), Makuszewski (44), Gytkjaer (78), Trałka (83), Gytkjaer (85) - Barisić (62).

Żółta kartka: Hebert.

Lech: Jasmin Burić - Robert Gumny, Emir Dilaver, Lasse Nielsen, Wołodymyr Kostewycz - Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Radosław Majewski - Maciej Makuszewski (63. Nicklas Barkroth), Nicki Bille (67. Christian Gytkjaer), Kamil Jóźwiak (76. Mario Situm).

Poiast: Dobrivoj Rusov - Martin Konczkowski, Hebert, Aleksandar Sedlar, Marcin Pietrowski - Sasa Zivec, Uros Korun (57. Aleksander Jagiełło), Patryk Dziczek (76. Karol Angielski), Martin Bukata - Konstantin Vassiljev, Maciej Jankowski (57. Josip Barisić).