Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Miało być inaczej. Dlaczego wracają stare błędy?

włącz .

Jeszcze sezon ligowy na dobre się nie zaczął, a Lech poniósł poważne straty. Wszystkie błędy z poprzednich sezonów zostały powtórzone. Niezła gra w europejskich pucharach przekłada się na fatalną postawę w lidze. Jest tylko jeden skutek tego, że klub zarobił (a raczej zarobi) ogromne pieniądze sprzedając wychowanków: osłabienie drużyny. Miliony wydane na nowych zawodników nie wpływają na wyniki, żaden z pozyskanych graczy nie zaczął się spłacać. Nenad Bjelica podąża śladem poprzedników.

Czyżby zapowiadał się kolejny kryzys, następne przesilenie? Co takiego jest w tym klubie, że niektóre sytuacje go po prostu przerastają? Jeżeli z drużyną nie radzi sobie jeden trener, winowajcę widzimy głównie w nim. Kiedy jednak sytuacja powtarza się rok po roku i drużyna rozpoczyna sezon od poważnych strat, a próba godzenia gry w pucharach i lidze przynosi skutki opłakane, możemy mówić o prawidłowości. Prawie rok temu Nenad Bjelica wyprowadził drużynę na prostą, wlał nadzieje w kibicowskie serca. Jego szczęśliwa ręka, umiejętność trafiania do piłkarzy wydawały się gwarantować nową jakość, definitywne pożegnanie bałaganu. Teraz widzimy, że właściwie nie zmieniło się nic.

Wydawało się, że drużyna nie może grać gorzej niż w Haugesund. Mecz w Płocku był jednak jeszcze gorszy, dużo gorszy. Lech nie istniał w ofensywie. Sprowadził wielu piłkarzy, a za zdobywanie bramek miał odpowiadać Nicki Bille. Okazał się najgorszym piłkarzem na boisku. Dużo biegał, próbował walczyć, czynił to jednak tak, że trener gospodarzy mógł zacierać ręce. Kompletnie nie rozumiał się z kolegami z boiska, z nikim nie współpracował. To było jedno wielkie nieporozumienie. Gytkjaer jest dużo lepszym graczem, ale trener oszczędzał go na mecz w Utrechcie. Rakels to nieporozumienie numer dwa. Gdyby zamiast niego i Bille wystąpili Jóźwiak i Kurminowski, drużyna na sile ofensywnej nie straciłaby na pewno, a być może by zyskała.

Jak więc widzimy, wzmocniony Lech ofensywnie został osłabiony. Sam Gytkjaer, choćby i zaczął zdobywać gole, niczego nie zdziała bez wsparcia, a drużyna zyska na jego grze niewiele, jeśli nie będzie miał solidnego zmiennika. Jeszcze sezon się nie rozkręcił, Duńczyk zdążył pokazać się na boisku kilka razy, a już trzeba stosować rotacje, by się nie zmęczył. Oczywiście usłyszymy argumenty, że Gytkjaer nie jest sam, że drużyna ma przecież Nicki’ego Bille. Chyba lepiej byłoby go nie mieć. W klubach ekstraklasy, a nawet pierwszej ligi znajdziemy dużo lepszych napastników.

Osobna sprawa to podejście piłkarzy Lecha do obowiązków. W Płocku nie umierali za klub. To fakt, że było parno, duszno, że w takich warunkach nikomu nie chce się biegać. Kilka dni wcześniej widzieli, jak w Poznaniu walczyli przyzwyczajeni do chłodów Norwegowie, jak powinien wyglądać nieustanny pressing, jak poruszają się po boisku i walczą gracze ambitni. Wszystko można wybaczyć – spadek formy, niedostatek szybkości, brak zgrania. Natomiast brak zaangażowania dyskwalifikuje i piłkarzy, i całą drużynę. Pretensji nie można mieć do Kostewycza, Gumnego, także do… Bille, który jednak bieganiem nie zamaskował braku umiejętności. Trener ma duży wybór. Może rezygnować z piłkarzy, którzy nie przystępują do meczu mimo iż są na boisku obecni.

Lech ma liczny skład, ale jak się przekonaliśmy, jest on nierówny. U progu sezonu nikt nie jest jeszcze wycieńczony do tego stopnia, by nie mógł grać co kilka dni, nie trzeba rotować na siłę. Lepiej zadbać o zgranie drużyny, bo ten element szwankuje, a liczne roszady pogarszają sytuację. Lepiej przeprowadzić ostrą selekcję, wybrać optymalną jedenastkę, wymieniać w niej poszczególne ogniwa dając jak najwięcej szans młodzieży. Jeżeli któryś z nastolatków zawiedzie w jakimś meczu, to nie skupi na sobie takiej krytyki, jak piłkarz, od którego mamy prawo wymagać dużo więcej niż nam daje.