Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Co za wstyd! Fatalna postawa Lecha! Nie podjął walki!

włącz .

Miało być inaczej niż w poprzednich sezonach. Dysponujący szerokim składem Lech miał grać dobrze w pucharach i wygrywać w lidze. Nic z tego. W Płocku zblamował się, zasłużenie przegrał nie dlatego, że Tetteh wyleciał z boiska, ale dlatego, że nie podjął walki i jest źle przygotowany do sezonu, a wzmocnienia okazały się iluzoryczne. Potrzeba dużej wyobraźni, by wierzyć, że Nicki Bille potrafi zastąpić Kownackiego i Robaka.

Trener zostawił w składzie tylko czterech piłkarzy rozpoczynających czwartkowy mecz pucharowy. Zgodnie z przewidywaniami wymienił bramkarza, by obaj zachowali rytm meczowy. Dał szansę debiutu Janickiemu, ale na środku defensywy zostawił Dilavera, nie chcąc widać wprowadzać jednocześnie obu nowych stoperów. Odpoczywali Trałka i Gajos, zagrał Majewski, od początku pokazali się rezerwowi w czwartek Radut i Rakels. Najbardziej eksploatowanym piłkarzem jest najmłodszy – Robert Gumny nie schodzi z boiska. Nicki Bille był bez szans na grę, gdy Lech miał Robaka i Kownackiego. Teraz występuje w pierwszym składzie. Za każdym razem jest najsłabszym punktem drużyny.

Zestawienie Lecha było więc eksperymentalne, niepowtarzalne, ale ofensywne i Lech od początku meczu próbował atakować. Nie udało mu się jednak przejąć inicjatywy, bo Wisła odpowiadała tym samym. Stosowała prostsze, bardziej bezpośrednie środki, nie bawiła się w długie rozgrywanie. Nie pokazywała tego, co Lech – długiej wymiany piłki, zagrań w trójkącie z pierwszej piłki. W akcjach Kolejorza brakowało precyzji i ostatniego, decydującego podania. Kiedy już Radut przejął dośrodkowanie z prawej strony boiska, zamiast od razu uderzyć głową niepotrzebnie próbował opanować piłkę. Situm przeprowadzał ciekawe, nie zakończone jednak dobrymi podaniami rajdy.

W pierwszej połowie Lech ani razu miejscowej drużynie nie zagroził, nie oddał żadnego celnego strzału. Bezproduktywnie rozgrywał piłkę, z czego nic nie wynikało. Każda akcja składająca się z kilku podań kończyła się prostą stratą. Nicki Bille nie dawał drużynie zupełnie nic, biegał dużo, ale bezproduktywnie, nie rozumiał się z zawodnikami drugiej linii. Częściej przy piłce był Rakels, co wynikało z jego pozycji na boisku, mylił się jednak często, marnował akcje kolegów, wprowadzał chaos. To były najsłabsze ogniwa drużyny gości. Niewiele brakowało, by została osłabiona, po ostrym faulu Janickiego ratującego zespół przed szybkim atakiem Wisły. Nowy obrońca może się cieszyć, że zobaczył tylko żółtą kartkę.

Na początku drugiej połowy zrobiło się jeszcze gorzej, za sprawą faulu Tetteha. Piłkarz ten nie gra brutalnie, ale zdarza mu się nie zapanować nad swoją siłą. Po bezpardonowym wejściu w nogę przeciwnika wyleciał z boiska osłabiając drużynę. Znana jest ona z tego, że słabo sobie radzi i grając w przewadze, nie potrafiąc tego wykorzystać, i w osłabieniu. W pierwszej połowie Lech grał jednym tempem, monotonnie i niedokładnie. W drugiej trudno było liczyć na poprawę. Trener Bjelica próbował ratować sytuację pokerowym zagraniem – dokonaniem trzech jednoczesnych zmian. Na boisku pojawili się Gytkjaer, Gajos i Trałka, opuścili je Bille i Rakels, czyli najsłabsi na boisku, a także Situm, być może oszczędzany na czwartek.

Przez kilka minut wydawało się, że trochę szybciej i ofensywniej, mimo osłabienia, grający Lech opanuje sytuację i wyjdzie z opresji obronną ręką. Szybko jednak stracił gola. Dominik Furman przebiegł kilkadziesiąt metrów i wykorzystał wolną przestrzeń. Uderzył w pełnym biegu i zaskoczył Buricia, który dotknął piłkę, ale nie potrafił jej sparować. To był błąd całej linii środkowej, a przede wszystkim bramkarza. Lech potem próbował atakować, czynił to jednak wyjątkowo nieporadnie. Brakowało mu wszystkiego: szybkości, dokładności, pomysłu, zgrania. W kwietniu wcale nie gorzej grający gospodarze nie mieli niczego do powiedzenia, ulegli Lechowi 0:3. To był jednak inny Lech, nie tylko biorąc pod uwagę skład. Ten obecny rozegrał chyba najgorszy mecz w czasach Bjelicy.

Kilka dni wcześniej Lech mógł się przekonać, jak gra drużyna, której zależy na zdobyciu bramki. Norwegowie, mimo osłabienia, atakowali ambitnie i z rozmachem, nie oszczędzali się, dali z siebie wszystko. Chcieli pokazać, że nie przyjechali do Poznania na wycieczkę. A Lech w Płocku? Żal było patrzeć na to, co wyprawiał w ostatnich minutach. Nie było walki, ataku, było markowanie gry, ślamazarne poruszanie się po boisku. Dopiero w końcówce próbował zaatakować, czynił to jednak chaotycznie, bezładnie, bezmyślnie. Nieprawdopodobne - przez cały mecz Kolejorz nie oddał żadnego celnego strzału!

Wisła Płock – Lech Poznań 1:0 (0:0)

Bramka: Dominik Furman (66)

Czerwona kartka: Tetteh

Żółte kartki: Reca, Lebedyński, Rasak – Janicki

Wisła: Seweryn Kiełpin - Cezary Stefańczyk, Przemysław Szymiński, Damian Byrtek, Patryk Stępiński - Dominik Furman, Damian Rasak - Giogri Merebashvili (73. Paul Parvulescu), Piotr Wlazło (22. Mikołaj Lebedyński), Arkadiusz Reca (85. Nico Valera) - Kamil Biliński.

Lech: Jasmin Burić - Robert Gumny, Rafał Janicki, Emir Dilaver, Wołodymyr Kostewycz - Abdul Aziz Tetteh, Mihai Radut, Radosław Majewski - Deniss Rakels (60. Łukasz Trałka), Nicki Bille (60. Christian Gytkjaer), Mario Situm (60. Maciej Gajos).