Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Straty z Haugesund odrobione. Teraz Utrecht

włącz .

Norweska drużyna okazała się trudniejszym przeciwnikiem niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wyeliminowanie jej przyszło Lechowi z najwyższym trudem. Miał sporą przewagę w meczu rewanżowym, oddał mnóstwo strzałów, ale 21-letni bramkarz Per Bratveit bronił jak w transie. Zła wiadomość jest taka, że Lech stracił Jevticia po brutalnym faulu Abdi’ego, który zresztą za podobne potraktowanie Gajosa wyleciał z boiska.

Pierwsze minuty były dla Lecha. Wiadomo było, że piłkarze FK Haugelund nie dość, że znajdują się w pełni sezonu, to osiągnęli wysoką formę. W swojej lidze od dwóch miesięcy nie przegrywają, radzą sobie z najlepszymi drużynami. Chcąc awansować, trzeba było pokazać znacznie większą szybkość akcji, niż w niedzielę przeciwko Sandecji. I Lech to robił. Atakował z rozmachem, zepchnął przeciwnika do głębokiej defensywy. Situm popisywał się zwodami, sekundował mu Kostewycz, na drugiej stronie rozpędzał się Makuszewski, raz po raz piłkę otrzymywał Gytkjaer i wiedział, co z nią zrobić.

Już po kilku minutach mogły paść bramki. Szczególnie blisko tego było po świetnym strzale głową Situma. Bramkarz z Haugesund mierzy tylko 184 cm, ale jest zwinny i skoczny, odbija się niczym sprężyna. Zmierzającą w róg piłkę odbił ponad poprzeczkę. Wcześniej obronił bardzo dobry strzał Gytkjaera. Norwegowie umiejętnie się bronili, zagęszczali obronę, kiedy było potrzeba, ale nie trzymali się jej kurczowo. Gdy pojawiała się okazja, odważnie ruszali do przodu i wtedy pod bramką Putnocky’ego było groźnie. Mecz był dzięki temu dobrym widowiskiem, rozgrzał 22-tysięczną publiczność.

Nie udawało się zdobyć gola z gry, powiodło się po stałym fragmencie. Rzut wolny w bocznej strefie boiska wykonywał Jevtić. Można się było spodziewać dośrodkowania. Dał się na to nabrać bramkarz, który zrobił kilka kroków do przodu, a precyzyjnie uderzona piłka wpadła pod poprzeczkę. W tym momencie Lech był w trzeciej rundzie, wystarczyło tylko utrzymać taki wynik. Gospodarze nie zwolnili jednak tempa, nie dali Norwegom możliwości przejścia do ofensywy, byli bliscy zdobycia kolejnego gola. Wtedy jednak stracili Jevticia, którego z gry wyeliminował Abdi cieszący się statusem gwiazdy FK Haugesund. Obejrzał za to żółtą kartkę.

Tuż przed przerwą austriacki sędzia dowiódł, że przepis o sześciu sekundach nie jest martwy. Gdy norweski bramkarz zbyt długo trzymał piłkę zamiast wprowadzić ją do gry, podyktował rzut wolny pośredni z pola karnego. Lechowi nie udało się tego wykorzystać. Gdyby na polskich boiskach sędziowie respektowali tę zasadę, podobnych sytuacji byłoby bez liku. Ostentacyjna, prowincjonalna gra na czas uchodzi u nas na sucho.

Po przerwie można się było przekonać, jak dobrym przeciwnikiem jest FK Haugesund. Norwegowie zaatakowali, zamykali Lecha na jego połowie, dominowali nad nimi siłowo i szybkościowo. Kiedy miejscowy zawodnik otrzymywał piłkę, natychmiast był atakowany. Ratował się podaniem do kolegi, ale i on miał na karku co najmniej jednego rywala, więc oswobadzał się długim podaniem, zwykle niecelnym i goście mogli zacząć jeszcze jeden atak. Mieli niespożyte siły, gra pressingiem przez niemal całe spotkanie nie pozbawiła ich energii. Lech coraz rzadziej przejmował piłkę, ale szybko ją tracił pod ciągłym naporem przeciwnika. Kilka razy udało mu się uwolnić spod pressingu i wtedy inicjował ataki, po których blisko było gola.

Kiedy za drugą żółtą kartkę Abdi, wygwizdywany przez publiczność, opuścił boisko, wydawało się, że Lech ma awans w kieszeni. A jednak Norwegów osłabienie nie zniechęciło do ofensywy. Wciąż „siedzieli” na piłkarzach Kolejorza, grali tylko do przodu. Nie było widać, kto ma jednego piłkarza mniej. Kontry Lecha były nieliczne i nieskuteczne. Makuszewski pobiegł sam na sam z bramkarzem i mógł jednym celnym strzałem pozbawić gości złudzeń. Nie pokonał jednak bramkarza, który poradził sobie także z dobitkami Raduta i Situma. Kiedy piłka po ich uderzeniach nieuchronnie zmierzała do siatki, zawsze Bratveit jakimś cudem potrafił ją sparować. Miał też w tym meczu sporo szczęścia lub intuicji, bo Lechici najczęściej trafiali tam, gdzie stał bramkarz.

Sędzia przedłużył mecz aż o 5 minut. Norwegowie przyjęli to z nadziejami i nie ustawali w natarciu. Kiedy mieli rzut rożny, postawili wszystko na jedną kartę. Ich trener posłał pod bramkę absolutnie wszystkich swych piłkarzy. To się musiało skończyć golem, dla jednej lub drugiej drużyny. Szczęście uśmiechnęło się do Lecha. Piłkę złapał Putnocky i natychmiast podał do wprowadzonego na boisko Rakelsa, który był sam na połowie FK Haugesund. Norwegowie byli tak szybcy, że prawie go dogonili, on jednak umiejętnie obsłużył innego rezerwowego, Nicki’ego Bille, a ten, ku wielkiej swojej radości, dobrym strzałem po ziemi obok bramkarza zamknął mecz. Po końcowym gwizdku zmordowani Norwegowie padli na murawę. Dali z siebie wszystko, zasłużyli na duże uznanie. To dobra drużyna. Motorycznie nad Lechem dominowała zdecydowanie.

Lech Poznań – FK Haugesund 2:0 (1:0)

Bramki: Jevtić (32), Bille (90+3).

Żółte kartki: Bille, Situm - Abdi, Andreassen, Leite.

Czerwona kartka – Abdi (za dwie żółte)

Lech: Matus Putnocky - Robert Gumny, Emir Dilaver, Lasse Nielsen, Wołdymyr Kostewycz - Łukasz Trałka, Maciej Gajos, Darko Jevtić (46. Mihai Radut) - Maciej Makuszewski (85. Deniss Rakels), Christian Gytkjaer (71. Nicki Bille), Mario Situm.

FK Haugesund: Per Bratveit - Kristoffer Haraldseid, Frederik Pallesen Knudsen, Vegard Skjerve, Alexander Stolas - Sondre Tronstad (73. Frederik Gytkjaer), Filip Kiss, Bruno Leite, Liban Abdi - Harid Hajradinović (83. Erik Huseklepp) - Shuaibu Ibrahim (60. Tor Arne Andreassen).