Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Ledwo sezon się zaczął, a już trzeba go ratować

włącz .

Po sobotnich meczach ekstraklasy, szczególnie po tym najpóźniejszym, przez Poznań, a prawdopodobnie i wiele innych polskich miast, gdzie „kochają” Legię, przetoczył się radosny śmiech. Nie dlatego, że ludzie jakoś szczególnie sprzyjają Górnikowi, choć to klub zasłużony i lubiany. Dzień później to z Lecha można się było śmiać, bo nie sprostał absolutnemu beniaminkowi. W czwartek może być jeszcze śmieszniej, jeżeli nie da rady Norwegom.

Kiedy do Lecha przychodził jeden piłkarz za drugim, a wszyscy zapowiadali się na graczy solidnych i zaprawionych w bojach o wysokie cele mieliśmy złudzenie, że na naszych oczach rodzi się potęga. Szybko zostaliśmy sprowadzeni na ziemię, bo z większości nowych zawodników nie ma jeszcze żadnej korzyści, trener stawia na niespełnionego Nicki'ego Bille, a drużyna nie została przygotowana do sezonu. Problemem nie jest brak zgrania, bo w jednym spotkaniu uczestniczy najwyżej dwóch nowych piłkarzy, ale słaba jakość gry, braki szybkościowe, brak defensywy. Nie tylko obrońców, ale gry obronnej całego zespołu.

Norweski przeciwnik pokazał, że drużyna bez wybitnych indywidualności, ale wybiegana, grająca na świeżości i z entuzjazmem potrafi ograć faworyta. Właśnie dlatego na tak wczesnym etapie europejskich rozgrywek często żegnają się z nimi drużyny z lig renomowanych, gdzie mecze zaczną się dopiero za miesiąc. Lech jest bliski podzielenia ich losu, mimo iż gra w Europie jest jednym z celów, jakie władze klubu wyznaczyły drużynie. Ostatnio trener Bjelica oświadczył, że nie jest Mourinho ani innym Ancelottim i nie potrafi tak przygotować drużyny, by szybko była w formie i zachowała ją do końca roku. Coś za coś.

Trener postanowił więc dochodzić do formy metodą startową. Rozgrywać pierwsze mecze na ciężkich nogach, by potem odzyskać świeżość i mieć siły na ponad 30 spotkań. To ryzykowne, bo po drodze można ponieść straty nie do odrobienia. Jeżeli nie pokonamy Norwegów, klubowi przepadnie niemała kasa i współczynnik UEFA stopnieje jeszcze bardziej. Za rok, jeżeli uda się zakwalifikować do pucharów, może być jeszcze trudniej, bo znów trzeba będzie zacząć wcześnie i być może spotykać się z rywalami bez porównania trudniejszymi niż FK Haugesund.

W tej sytuacji rewanż przeciwko Norwegom nabiera szczególnego znaczenia. Po odrobieniu strat szybko zapomnimy o perypetiach znad fiordów. Natomiast odpadnięcie z rywalizacji zostanie ogłoszone kolejnym blamażem. Nenad Bjelica dołączy do zacnego grona tych trenerów, którzy narazili klub na śmieszność, wpisali go na listę wstydu. Do tej pory „zaledwie” przegrał finał Pucharu Polski, ale klęska z przeciwnikiem niezbyt wysokiego lotu już w drugiej rundzie eliminacji stanie się kolejną historyczną kompromitacją, a nazwa „Haugesund” będzie wymieniana równie często, jak „Żalgiris” i „Stjarnan”.

Trener zdaje sobie sprawę, co mu grozi, a i piłkarze są świadomi odpowiedzialności. Każdy z nich z pewnością marzy o fazie grupowej, o spotkaniach z czołowymi drużynami Europy, podczas których można się mierzyć z gwiazdami, promować się, zarabiać prawdziwe pieniądze. Pytanie tylko, czy dadzą radę, czy wystarczy im sił i umiejętności. Gdyby zagrali tak, jak potrafią, wywalczą awans. Niektóre drużyny ligowe, nie tylko Górnik Zabrze, miały równie mało czasu na treningi, jak Lech. Nie trenuje ich Mourinho ani Ancelotti, a błysnęły dobrym przygotowaniem i sił do grudnia raczej im nie zabraknie.