Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Falstart Lecha. Zagrał katastrofalnie

włącz .

Można było się spodziewać, że w pierwszym meczu sezonu, po bardzo krótkich przygotowaniach, forma Lecha nie będzie optymalna. Jednak mało kto mógł przewidzieć, że będzie aż tak źle. Nie potrafił strzelić gola słabej Sandecji. Odniosła w Poznaniu historyczny sukces. W pierwszym meczu w ekstraklasie wywalczyła cenny punkt.

Już pierwsze minuty wskazywały, że to nie będzie spacerek. Owszem, goście zaprezentowali się jako zespół, delikatnie mówiąc, przeciętny, łatwy do ogrania. Natomiast Lech nijak nie potrafił się zmusić do gry na swoim normalnym poziomie. Piłkarze chyba wierzyli, że wystarczy być lepiej wyszkolonym i doświadczonym, a bramki same się strzelą. Nic z tego. Nie wygra się meczu, gdy biega się powoli, bez przyspieszeń, do tego popełniając kiksy i próbując nadrobić niedostatki w przygotowaniu do sezonu próbami indywidualnych popisów.

Majewski spisywał się jeszcze gorzej niż kilka dni wcześniej w Norwegii. Potrafił umiejętnie przyjąć piłkę, szybko się z nią odwrócić, ale wtedy jedynym pomysłem na ciąg dalszy niemal zawsze było wchodzenie w dryblingi. Jeżeli nawet raz się udało to potem następowała prosta strata i trzeba było próbować od nowa. Jeszcze częściej próbował dryblować Situm. Kilka razy udało mu się zwieść przeciwników, ale kiedy było ich więcej niż trzech, strata była nieuchronna. Prawie nie widzieliśmy gry na jeden kontakt, próby przyspieszenia akcji.

Sandecja ma w składzie zawodników doświadczonych, którzy nigdy jednak nie grali w topowych drużynach. Potrafiła mimo tego dobrze się zorganizować, wyprowadzić piłkę z własnej połowy, zagrozić Buriciowi. Kiedy już zawodnicy z Nowego Sącza zostawali wymanewrowani, wystarczyło okazać odrobinę cierpliwości, bo Lech prędzej lub później tracił piłkę, nie można się było doczekać finalizacji akcji. Gdyby w polu karnym był rasowy napastnik, przejąłby choć jedno podanie do nikogo i strzeliłby bramkę. Nicki Bille walczył, biegał, ale z umiejętnościami u niego słabo. Gytkjaer wszedł na kilka ostatnich minut i zrobił więcej od rodaka, bo oddał strzał, przy którym bramkarz miał dużo szczęścia.

Strzałów było zresztą w tym meczu niewiele. Kilka razy próbował Majewski, a najbliższy celu był w drugiej połowie, gdy niewiele mu brakowało do pokonania Buricia. Na szczęście znów pudłował. Bez sensu strzały z daleka próbował oddawać Makuszewski, jeżeli tylko wcześniej nie skiksował, nie wykopnął piłki na aut. Zadziwiający był doliczony czas. Taka drużyna, jak Lech, grająca u siebie z beniaminkiem, powinna atakować wszystkimi siłami. Tymczasem Kolejorz był pogodzony z losem, nie stworzył w tym czasie ani jednej akcji, zanotował kilka strat. Nie stać go było nawet na podjęcie walki. Wracają problemy mentalne?

Trener Bjelica twierdzi, że Lech będzie grał dobrze, ale teraz jeszcze brak mu formy, szczególnie źle wygląda przygotowanie szybkościowe. Może się zdarzyć, że forma przyjdzie, kiedy czołówka oddali się na bezpieczną odległość, a po Lidze Europy pozostaną wspomnienia.

Lech Poznań – Sandecja Nowy Sącz 0:0

Żółte kartki: Dilaver – Kolev, Brzyski.

Lech: Jasmin Burić - Robert Gumny, Emir Dilaver, Lasse Nielsen, Volodymyr Kostevych - Maciej Gajos, Abdul Aziz Tetteh, Radosław Majewskiv (64. Mihai Radut) - Maciej Makuszewski, Nicki Bille (69. Deniss Rakels), Mario Situm (83. Christian Gytkjaerki.

Sandecja: Michał Gliwa - Lukas Kuban, Dawid Szufryn, Michał Piter Bucko, Tomasz Brzyski - Adrian Danek (80. Jonatan Straus), Wojciech Trochim, Grzegorz Baran, Bartłomiej Dudzic (64. Filip Piszczek) - Aleksandar Kolev (56. Maciej Korzym), Mateusz Cetnarski.

Widzów: 18 tys.