Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kompromitacja zajrzała im w oczy ale wciąż są szanse na awans

włącz .

Nie wystarczy sprowadzić tuzin nowych piłkarzy, by z dnia na dzień przeobrazić drużynę. Jeżeli straci się trzech podstawowych obrońców, a pozyska takich, co nie nadają się do gry, skutki są opłakane. Norweski średniak bez większego wysiłku strzelił Lechowi, który miał ruszać na podbój Europy, trzy gole, obnażył jego słabość. Blamaż był o włos. Szczęście, że udało się zdobyć dwie bramki, które pozwalają wierzyć w awans. Strach pomyśleć, co by było, gdyby nie jedna akcja Raduta.

Do boju przeciwko FK Haugesund przystąpił Lech nowy, ale nie tak bardzo nowy, skoro w składzie pokazał się tylko jeden piłkarz sprowadzony tego lata – napastnik Christian Gytkjaer. Klub zasilają tylko piłkarze z zagranicy, ale w Norwegii nie było tego widać, bo od pierwszej minuty zagrało pięciu Polaków. Obrona była kombinowana, z Łukaszem Trałką. 19-letni Robert Gumny ledwo zdążył wrócić z wypożyczenia, a po odejściu Kędziory stał się zawodnikiem niezastąpionym, bo jedynym na swojej pozycji. Zamiast mocniejszej, oglądaliśmy więc drużynę ewidentnie osłabioną. To, oraz brak rytmu meczowego przełożyło się na jakość gry, a w konsekwencji na wynik.

Kilka pierwszych minut było nijakich, ale potem obie drużyny, w odstępie niewielu sekund, stworzyły duże zagrożenie. Najpierw Norwegowie przedarli się pod pole karne Lecha, strzelili jednak wprost w Putnocky’ego. Po szybkiej kontrze bliski zdobycia gola był Lech. Po wymianie piłki w polu karnym została ona wycofana do Gajosa, który strzelił minimalnie niecelnie. Po 10 minutach Norwegowie stworzyli jeszcze jedną dobrą okazję bramkową i w ostatniej chwili sytuację musiał ratować bramkarz Lecha. Dobrze, że refleks mu dopisuje.

Było już oczywiste, że to nie będzie łatwa przerwa, a miejscowa drużyna nie jest słabeuszem. Sprawnie i szybko operowała piłką, była wybiegana, nie traciła koncentracji. Miała przewagę, a Lech nie ułatwiał sobie zadania popełniając liczne błędy, niecelnie podając, przegrywając pojedynki szybkościowe. Najczęściej kiksował Majewski, dorównać mu próbował Gajos. Gospodarze preferowali prostą, ale swobodną grę, górowali zgraniem nad ociężałymi piłkarzami Lecha i w 24 minucie znalazło to odzwierciedlenie w wyniku. Łatwo wymanewrowali nieruchawą obronę i po strzale z ostrego kąta zdobyli gola. Po minucie prowadzenie mogli podwyższyć, Lecha uratowała poprzeczka.

Próby przejęcia kontroli nad wydarzeniami przez Lecha nie zdawały się na nic. To była taka gra, jaką widzieliśmy w najgorszych spotkaniach końcówki sezonu. Kiedy już piłkarze grający w nietypowych żółtych strojach znaleźli się w polu karnym i można było liczyć przynajmniej na oddanie strzału, oglądaliśmy kompromitujący kiks, poślizg, łatwą stratę. Na tle solidnie grających gospodarzy Lech przed przerwą wypadał słabo. Grał jednym tempem, bez przyspieszeń, bez większego zaangażowania. Chciałoby się powiedzieć – skąd my to znamy? Takiego Lecha oglądać już nie mieliśmy.

Początek drugiej połowy był w wykonaniu Lecha trochę bardziej aktywny. Zaatakował, kilka razy przedostał się pod norweską bramkę. Brakowało tylko strzałów. Nie wiemy jeszcze, czy Gytkjaer jest lepszym napastnikiem od Robaka, Kownackiego, Bille. Wiemy, że jest gorzej zgrany z kolegami. Nie udawało mu się zbyt często dochodzić do piłki. Akcja, jaką rozegrał w 54 minucie z Majewskim, mogła się jednak podobać. Po strzale Duńczyka sytuację musiał ratować norweski bramkarz.

Lepsza niż w pierwszej połowie gra mogła też przynieść efekt w 70 minucie. Pech chciał, że po dobrej wymianie podań w polu karnym w dobrej pozycji znalazł się akurat Majewski, piłkarz tego dnia słaby. Mógł strzelić łatwego gola zmieniając obraz spotkania, ale kopnął wprost w bramkarza. Co gorsze, po chwili ujawniła się cała słabość byle jak skleconej defensywy. Dwaj napastnicy Haugesund znaleźli się przed jednym obrońcą i bramkarzem. Łatwo sobie poradzili i gospodarze prowadzili 2:0. Chwilę potem – prawdziwa katastrofa. Grający właściwie bez obrony Lech stracił jeszcze jedną bramkę. To już była zapowiedź dramatu, bo Norwegowie wydawali się bliżsi czwartej bramki niż Lech pierwszej. A jednak się udało uratować twarz, za sprawą doświadczenia Majewskiego.

Ten gol dał Lechowi wiarę, że nie wszystko stracone. Gra zrobiła się radosna, bo nie miał niczego do stracenia i atakował, niestety chaotycznie, a Norwegowie próbowali to wykorzystać wyprowadzając kontry. Cierpła skóra, gdy do akcji przystępowała „defensywa” Kolejorza. Lepsza drużyna niż Haugesund strzeliłaby jeszcze co nieco. Lech jakoś się obronił i ostatecznie wyszedł z twarzą i z nadziejami. Radut, który w końcówce pokazał się na boisku wywalczył „jedenastkę”, a bardzo tego dnia słaby, podejmujący fatalne decyzje Jevtić nie zawiódł, tuż przed ostatnim gwizdkiem. W rewanżu wystarczy wygrać1:0 lub 2:1, by awansować. Lecha stać na to, jeżeli tylko potrafi skompletować blok defensywny i odzyska świeżość.

FK Haufesund – Lech Poznań 3:2 (1:0)

Bramki: Abdi (24), Hajradinović (71), Ibrahim (74) – Majewski (75), Jevtić (90+3, karny).

Kartki: Hajradinović, Kiss, Stølås - Gumny, Majewski, Tetteh.

FK Haugesund: Per Bråtveit - Kristoffer Haraldseid, Frederik Pallesen Knudsen, Vegard Skjerve, Alexander Stølås - Sondre Tronstad, Filip Kiss, Bruno Leite, Liban Abdi (72. Tor Arne Andreassen) - Harid Hajradinović (79. Frederik Gytkjaer) - Shuaibu Ibrahim (82. Erik Huseklepp)

Lech: Matus Putnocky - Robert Gumny, Łukasz Trałka, Lasse Nielsen, Wołodymyr Kostewycz - Maciej Gajos (84. Mihai Radut), Abdul Aziz Tetteh, Radosław Majewski - Maciej Makuszewski (79. Nicklas Barkroth), Christiaj Gytkjaer (79. Deniss Rakels), Darko Jevtić.