Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Gdy strach zagląda w oczy

włącz .

Jak to dobrze, że ten sezon za nami. Zaczął się fatalnie i kiedy drużyna Jana Urbana oddawała mecz za meczem trudno było liczyć na miejsce w europejskich pucharach. Nowy trener dał nam nadzieję, były nawet szanse na dwa trofea. Oba przepadły, bo drużyna nie wytrzymała napięcia. Co z tego, że często wysoko wygrywa, strzela ładne bramki, skoro w najważniejszych momentach, takich jak druga połowa spotkania w Białymstoku zamienia się w sfrustrowaną, zniechęconą, sparaliżowaną strachem grupę.

Kwintesencją postawy Lecha w tym sezonie była reakcja Marcina Robaka na zdjęcie go z boiska kilka minut przed końcem meczu. Mówiąc najdelikatniej, nie okazał trenerowi szacunku. Trener zapowiedział, że nie będzie tego tolerował. To nie było skorzystanie z telefonu po treningu. To było bluzganie na przełożonego na oczach całej piłkarskiej Polski przez zawodnika, który w meczu zawiódł. Do zachowania Pawłowskiego trener nie ma zastrzeżeń, ale w tym samym meczu Szymon pokazał, jak prezentuje się jako piłkarz. Psuł każdą akcję, w której uczestniczył. Piłkarze Jagielloni odbierali mu piłkę równie łatwo jak dzieciakowi zabawkę.

Wydawało się, że Legia bez problemu pokona Lechię. Okazała jednak w decydującym momencie zadziwiającą słabość. Mogła nawet przegrać najważniejszy mecz sezonu, i to na własnym boisku. Sławek Peszko ułatwił jej sukces potwierdzając, że w zakamarkach jego duszy czai się coś niebezpiecznego – dla niego i dla drużyny, w której akurat występuje. Lech ma czego żałować. Zdobycie mistrzostwa było bliskie, jak nigdy. Wystarczyło kilka razy podjąć walkę, nie oddawać meczu przed pierwszym gwizdkiem. Nie musiał przegrać z Legią, remisować z Lechią. Ostatnia kolejka wyglądała zresztą tak, jakby wszystkim drużynom najbardziej zależało na mistrzostwie dla Legii. Miała mnóstwo szczęścia.

Znakiem firmowym Lecha jest gubienie kontroli nad przebiegiem meczu. Takie zachowanie pokazał w wielu spotkaniach, nawet tych wysoko wygrywanych. Na przykład – ograł na wyjeździe 3:0 Pogoń, ale długich fragmentów tamtego meczu, gdy dał się totalnie zdominować, powinien się wstydzić. Piłkarze Kolejorza prezentują się żałośnie, gdy strach zagląda im w oczy i zamiast podjąć męską walkę, w panice wybijają piłkę byle dalej, choćby i poza boisko. Z takiej postawy kibice nigdy nie będą dumni. Właśnie tak Lech zagrał w końcówce meczu w Białymstoku. Przegrywająca u siebie dwoma bramkami kwadrans przed końcem Jagiellonia nie miała prawa wrócić do gry. Pokazała to, co w Lechu jest towarem deficytowym: charakter.

Strach, jaki sparaliżował Lecha uniemożliwił mu wyprowadzenie kontrataku, skarcenie nacierających wszystkimi siłami gospodarzy. Każda normalna drużyna polowałaby na taką możliwość, przynajmniej spróbowałaby szczęścia. Lecha na to nie było stać. Miał tylko jedno marzenie – dowiezienie do końca remisu. Wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby Lechia strzeliła w Warszawie gola, a nie było to niemożliwe. Remis wyeliminowałby Lecha z Europy. Natomiast zwycięstwo dałoby mu tytuł. Nie zagrał o pełną pulę. Nie było go stać na pokonanie nie tylko rywala, ale i samego siebie. Gdyby podobnie w 2010 roku w Chorzowie zachowali się ówcześni piłkarze Kolejorza, samobój Jopa zdałby się na nic. Na szczęście tamten Lech nie był sparaliżowany strachem. Miał Lewandowskiego, który w ostatnich minutach przytrzymał i rozegrał piłkę. Miał Kriwca potrafiącego oddać celny strzał w najważniejszym momencie. Właśnie tym różni się drużyna z charakterem od obecnego Lecha.

Nie wyobrażam sobie – i z pewnością nie tylko ja – byśmy w przyszłym sezonie znów byli katowani czymś takim. Trener widzi to samo, co kibice. On też woli mieć drużynę walczącą do końca, nie poddającą się, nie ulegającą własnym słabościom. Drużynę tworzą piłkarze. Potrzebujemy takich, z postawy których będziemy dumni, których będziemy pamiętać latami. W obecnym Lechu takich znajdziemy. Ale nie tylko takich

Józef Djaczenko