Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Jeszcze tylko mecz w Białymstoku i można budować nowego Lecha

włącz .

Kiedyś mówiło się, że konflikt z piłkarzami oznacza koniec pracy trenera w klubie. Właściciele prawie zawsze idą na łatwiznę zdając sobie sprawę, jakie są zarobki zawodników, jak trudno ich sprowadzić, jak wielkim problemem jest znalezienie ewentualnych następców. Z trenerem sprawa jest dużo prostsza, więc nikt się z nimi nie patyczkuje. W Lechu też bywały takie konflikty, całkiem niedawno i w czasach odległych. Ofiarą zawsze padał szkoleniowiec.

O tym, że w Lechu nie ma ciekawej atmosfery, wiemy od jakiegoś czasu. Ostatnio sprawy zaszły daleko. Media ogólnopolskie nie informują już o kwasach i nieporozumieniach, lecz o awanturze, konfliktach, karaniu piłkarzy przez trenera. Lokalne media są bardziej wstrzemięźliwe w ocenie sytuacji, ale i one nie unikają tego tematu. Chętnie na ten temat dyskutują kibice. Co ciekawe – nie stoją po stronie zawodników. Życzą trenerowi, by był konsekwentny, nie dał sobie w kaszę dmuchać, nie ograniczał się do kar symbolicznych, takich jak zmiana kapitana drużyny.

Ostatnio obserwujemy próby łagodzeniem sytuacji. W konferencji prasowej poprzedzającej wyjazd na ostatni mecz sezonu ma uczestniczyć nie kto inny, jak Łukasz Trałka, podobno główny sprawca zamieszania. Łatwo przewidzieć, co oficjalnie zakomunikuje. Dowiemy się, że nie ma żadnego konfliktu, drużyna koncentruje się na meczu, który przy sprzyjających okolicznościach może zapewnić nawet mistrzowski tytuł. Owszem, trener odebrał mu kapitańską opaskę za to, że zapomniał wyłączyć telefon, ale takie incydenty przecież zdarzają się w każdej grupie. Przypadkowego naruszenia dyscypliny i jego konsekwencji nie można traktować jako wojny domowej. I tak dalej, i tak dalej.

W ostatnich sezonach Lech niejeden raz dopuścił się drastycznego naruszenia zaufania kibiców. Przegrywał mecze w fatalnym stylu, zawodził wtedy, gdy najbardziej na niego liczono, ponosił klęski historyczne, za które w każdym normalnym klubie sypałyby się głowy. Wszystko to uchodziło piłkarzom i trenerom bezkarnie, ale kibiców nie oszuka się, nie przeczeka się ich frustracji, bo jeżeli sytuacja się powtórzy – a końca kompromitujących wpadek nie widać – to złość będzie jeszcze większa, trybuny nie zapełnią się nawet podczas najważniejszych, najciekawiej zapowiadających się meczów. Ludzie mają dość. To dlatego nikt się zbytnio nie ekscytuje ligowymi ostatkami, nikt nie robi sobie nadziei na niespodziewane i korzystne dla Lecha rozstrzygnięcia. Ulotnił się ogromny emocjonalny potencjał.

Zniechęcenie to nie jedyna konsekwencja tego, co się w Lechu od kilku lat dzieje. Inną jest to, że kibice murem stoją za trenerem. Liczą, że przetrwa trudny moment. Opanuje sytuację, a już za kilka tygodni będzie miał do czynienia z nową drużyną, budowaną według jego oczekiwań, pozbawioną tych, z którymi mu nie po drodze. Takie zaufanie nie znaczy, że kibice nie są rozczarowani postawą i umiejętnościami trenera, w końcu dopuścił do sytuacji, jaka teraz panuje, nie zapanował nad mentalnością piłkarzy, nie potrafił ich zmotywować, przegrał najważniejsze mecze sezonu, przez co zbladło wszystko, czego wcześniej w Poznaniu dokonał.

Bjelica dlatego wciąż cieszy się kibicowskim poparciem, że właśnie on – szkoda, że na krótko – dał kibicom nadzieję, że teraz będą mieli innego Lecha: zwycięskiego, gromiącego kolejnych rywali, grającego ofensywnie. Pod koniec sezonu nastąpiło tąpnięcie, które ma jakieś przyczyny, ale nie mając wiedzy na temat tego, co odbywa się w szatni i klubowym autokarze trudno stawiać wiarygodne diagnozy. Wiadomo tylko tyle, że Lech nie do końca się posypał, bo wciąż stać go na niezbyt długie fragmenty niezłej gry, na strzelanie goli. Koniec sezonu to najlepsza pora, by przekonać tych, co tu przyjdą i tych, co pozostaną, że warto umierać za Kolejorza. Można wiele zyskać, ale jeszcze więcej stracić, bo brak zaangażowania nie będzie już w tym klubie traktowany z taką samą wyrozumiałością, jak uraz mięśnia.