Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Stadion Narodowy wciąż zaczarowany! Lech bez Pucharu Polski!

włącz .

Tego nikt się nie spodziewał. Faworyt finału Pucharu Polski nie dał rady pokonać Arki. Co więcej, w dogrywce stracił aż dwa gole i obszedł się smakiem – trofeum pojechało do Gdyni. Nie wystarczyły przewaga w całym meczu, seryjne tworzenie okazji bramkowych. Nieskuteczność Robaka, błędy Trałki, brak koncentracji Majewskiego, słabość Jevticia, słabiutka postawa pozostałych graczy – to wszystko drogo kosztowało.

Ofensywnie ustawił swoją drużynę trener Bjelica, z Kownackim, Robakiem, Jevticiem, Majewskim z przodu. Początkowo nie oglądaliśmy zmasowanego ataku Lecha. Arka poczynała sobie całkiem dzielnie, nie pozawalała zepchnąć się do defensywy. Żadnej z drużyn przez pierwsze minuty nie udawało się stworzyć groźnej akcji. Pierwszy strzał oglądaliśmy dopiero w 9 minucie, w wykonaniu… Arki. Uderzona głową piłka przeleciała w niewielkiej odległości od poprzeczki. Lech długo próbował złapać rytm. Miał z tym problemy.

Nie udawało też założenie pressingu. Pojawiły się też błędy w rozegraniu, prawdopodobnie wynikające z nerwowości. Nie było luzu. Dawała o sobie znać wysoka stawka meczu. Pierwszą groźniejsza akcja miała miejsce dopiero w 14 minucie, gdy po rzucie rożnym, w trudnej sytuacji dobrze, ale minimalnie niecelnie główkował Bednarek. W 20 minucie Lech wyprowadził w miarę płynną akcję, ale i wtedy nie oddał celnego strzału. Pod bramką Arki robiło się jednak coraz groźniej. W 22 minucie bramkarz uratował ją w sposób fantastyczny, wybijając piłkę na róg. Po chwili popisał się kolejną paradą. Napór Lecha rósł, Arka broniła się desperackimi wybiciami piłki poza boisko.

Przewaga Lecha nie malała. Wreszcie zaczął się udawać pressing. Raz po raz, po odbiorze piłki kilku graczy w niebieskich koszulkach szarżowało na bramkę. Za każdym razem czegoś niestety brakowało – albo udanego dośrodkowania, albo zdecydowania w dojściu do podania, albo celnego strzału. Ambitnie grającej Arce co jakiś czas udawało się wyprowadzić piłkę z własnej połowy, przytrzymać ją chwilę pod bramką Lecha, ale tam szybko ją traciła. Po przechwyceniu piłki Lech wyprowadzał błyskawiczne ataki, jak w 37 minucie, gdy Majewski, Jevtić, Kownacki i Robak rozmontowali obronę przeciwnika. Gol nie padł mimo iż mieli przeciwko sobie tylko dwóch defensorów. Skuteczność fatalna, niczym nie usprawiedliwiona. Arce sprzyjało nie tylko szczęście. Na jej korzyść działały złe decyzje podejmowane przez piłkarzy Lecha.

Niewiele brakowało, by ofensywne grzechy zemściły się. Burić zgubił piłkę po podaniu Kostewycza w doliczonym czasie do pierwszej połowy. Arka miała rzut rożny, po którym, w dużym zamieszaniu, piłka odbiła się od ręki piłkarza Lecha. Gracze w żółtych koszulkach mieli ogromne pretensje do sędziego, który rzutu karnego nie podyktował.

Początek drugiej połowy to ciąg dalszy przewagi i nieskuteczności Lecha. W 54 minucie niewiele do szczęścia zabrakło Robakowi. Gra zaostrzyła się, sędzia musiał sięgać po żółte kartki. Lech miał zdecydowaną przewagę, z której nic nie wynikało. Sprawiał wrażenie drużyny składającej się z piłkarzy grających ze sobą pierwszy raz. Widząc swe duże szczęście zdyscyplinowana w defensywie Arka kilka razy odważnie zapędziła się pod bramkę Buricia, próbowała oddawać strzały, ale ani razu Buriciowi realnie nie zagroziła. Jednostronne widowisko nie stało na wysokim poziomie. Lech dowiódł, że to, czym kibiców martwił w ligowym meczu z Koroną, nie było przypadkiem.

Im bliżej było do końca, tym Arka poczynała sobie śmielej. Nie trzymała się już kurczowo swego pola karnego. Mecz był bardziej otwarty. Lech miał więcej miejsca na ataki, ale nie umiał tego wykorzystać. Nie miał pomysłuna rozegranie ataku, więc wycofywał piłkę z połowy boiska do Buricia, czego w jego wykonaniu nie widzieliśmy od dawna. Bezradność była zdumiewająca. Zawiódł Darko Jevtić, najlepszy piłkarz meczu z Koroną. W finale nie pokazał niczego dobrego, w końcówce zastąpił go Szymon Pawłowski. Piłkarze cieszący się opinią kreatywnych byli żałośnie bezradni

„Walczyć Kolejorz, walczyć!” – dopingowali wierzący w sukces kibice. Próbował, ale tego dnia nic mu nie wychodziło. W ostatnich minutach Arka broniła szczęśliwego dla siebie remisu licząc na szczęście w dogrywce i rzutach karnych, a Lech niby atakował, ale przekonania w tym nie było. O tym, że nie jest mu dane strzelić gola przed dogrywką przekonaliśmy się w doliczonym czasie, gdy błyskawiczną kontrę wyprowadził Makuszewski, idealnie obsłużył Majewskiego, a ten doświadczony, dobrze technicznie wyszkolony zawodnik, będąc w fantastycznej sytuacji, spudłował jak junior. Mógł zostać bohaterem meczu…

Dogrywka nie odbiegała poziomem od tego, co działo się przed przerwą. Chaotyczne ataki Lecha nie mogły zakończyć się powodzeniem, szczególnie przy zagęszczonej obronie Arki. Nawet stałe fragmenty nie były atutem faworyta tego meczu. Gra toczyła się przed polem karnym Arki, gdzie pomysły Gajosa, Majewskiego, Pawłowskiego, Robaka kończyły się. Tak beznadziejna gra musiała zostać ukarana. Wystarczyła chwila dekoncentracji. Arka przebiła się z piłką pod bramkę Lecha, dośrodkowała – i stało się. Siemaszko, który strzelił Lechowi gola w Gdyni, powtórzył ten wyczyn. Arka objęła prowadzenie w momencie, gdy marzyła już tylko o tym, by dotrwać do rzutów karnych.

Lech musiał zaatakować, by uniknąć kompromitcji. Trener dokonał ostatniej zmiany. Być może zamierzał zastąpić Buricia potrafiącym bronić karne Putnockym (podczas konferencji prasowej temu zaprzeczył). W tej sytuacji wpuścił na boisko Raduta. Zaszokowany, ale atakujący Lech po czterech minutach przyjął drugi cios. Sędzia nie dopatrzył się faulu na przewracanym na włanej połowie Majewskim, a Trałka nieumiejętnie próbował zapobiec kontratakowi. I przy pierwszej, i przy drugiej bramce Burić powinien zachować się lepiej. Tak się często dzieje, gdy bramkarz nie ma wiele pracy. Kibice z Gdyni oszaleli z radości. Lech znów rzucił się do ataku, ale stać go było na tylko jednego gola. Zdobył go głową po rzucie rożnym Trałka. Wielkie rozczarowanie w Wielkopolsce.

Lech Poznań – Arka Gdynia 1:2 (0:0, 0:0)

Bramki: Trałka (119) - Siemaszko (107), Zarandia (111)

Żółte kartki: Robak - Szwoch, da Silva, Łukasiewicz, Zarandia

Lech: Jasmin Burić – Wołodymyr Kostewycz, Jan Bednarek, Lasse Nielsen (Mihai Radut), Tomasz Kędziora -  Maciej Gajos, Łukasz Trałka – Dawid Kownacki (Maciej Makuszewski), Radosław Majewski, Darko Jevtić (Szymon Pawłowski) – Marcin Robak.

Arka:  Pavels Steinbors - Tadeusz Socha, Krzysztof Sobieraj, Michał Marcjanik, Marcin Warcholak - Antoni Łukaszewicz, Adam Marciniak - Marcus da Silva (55. Rafał Siemaszko), Mateusz Szwoch, Miroslav Bożok (82. Dominik Hofbauer) - Przemysła Trytko (71. Luka Zarandia).

Widzów: 43.760