Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Mistrzowska gra Lecha. Kolejne zwycięstwo!

włącz .

Kolejorz nie zwalnia tempa. Odprawił piątego rywala w tym roku, tym razem tracąc gola, co nie boli, gdy samemu strzela się ich aż 4. Ponieważ grał jako pierwszy z ligowej czołówki, znalazł się na pierwszym miejscu w tabeli, pierwszy raz od 2015 roku. W Gdyni pokazał klasę, dojrzałość i zabójczą skuteczność. Coraz lepiej w obronie gra Maciej Wilusz, a Kownacki i Robak strzelają i strzelają.

Tym razem niespodzianek w składzie nie było. Trener Nenad Bjelica, który zresztą mecz oglądał z trybuny, posłał do boju zestawienie „żelazne”, wygrywające, ofensywne, z Kownackim w ataku, Gajosem i Makuszewskim na skrzydłach. Pauzujący za żółte kartki Bednarek i Kędziora przyjechali do Gdyni z własnej inicjatywy, by wspierać kolegów z widowni. Na boisku bardzo dobrze zastąpili ich Wasielewski i Nielsen.

Mecz ze środka zaczęła Arka, ale kilkadziesiąt sekund później mogła – powinna! – przegrywać. Wystarczyło, że Lech przechwycił piłkę i wyprowadził szybki atak, w swoim stylu. Kownacki podał na środek pola, tam jednak nie miał kto oddać strzału. Co się odwlecze… Już 4 minuty później Lech prowadził, gdy dośrodkował Majewski, któremu udało się utrzymać w boisku piłkę zmierzającą na aut, a Gajos był tam, gdzie powinien. Jeżeli Arka miała zamiar grać defensywnie, to teraz musiała plany zweryfikować. Parła ambitnie do przodu, a Lech wykonywał to, co powinien: przerywał jej akcje i kontrował, zwykle lewym skrzydłem.

Jedna z takich akcji przyniosła drugiego gola. Rajd przeprowadził Kownacki, obrońca ratował się wybiciem w ostatniej chwili piłki na róg. Po jego wyegzekwowaniu odbitą piłkę przejął Jevtić. Nie oddał jednak natychmiastowego strzału. Minął pięknymi zwodami kilku rywali i oddał strzał prawą nogą, trafiając idealnie. Mając takiego zawodnika, w każdej chwili można liczyć na jego błysk geniuszu. Lech miał przewagę dwóch bramek, czyhał na kolejne szybkie ataki, a Arka nacierała, więc meczy był dla publiczności widowiskiem bardzo ciekawym. O włos od zdobycia trzeciej bramki był Kownacki, który przeprowadził kolejny świetny rajd, wyszedł na dobrą pozycję, oddał jednak niecelny strzał.

Trzech minut brakowało do końca pierwszej połowy, gdy Lech miał już swój ulubiony wynik – 3:0. Kolejna kontra, niesamowita asysta Wilusza, Kownackiemu wystarczyło delikatnie trącić piłkę, która wpadła do bramki tuż przy słupku. Taka była pierwsza połowa – Arka atakowała, a Lech grał jak profesor, wykorzystywał umiejętności swych piłkarzy i dobrze zorganizowaną defensywę.

Na początku drugiej połowy wydawało się, że Arka jest pogodzona z losem. Inicjatywa należała do Lecha, który sprawnie przedostawał się w pole karne gospodarzy, kilkakrotnie im zagroził. Przeczekali trudny moment, nie pozwolili Lechowi na zdobycie jeszcze jednej bramki, po czym przeszli do ataku. I stało się, 7 minut po przerwie Lech stracił pierwszego gola w tym roku. To się musiało zdarzyć, ale lepiej zanotować stratę przy prowadzeniu trzema golami niż przy wyniku bezbramkowym. W Arkę wstąpiły nowe siły, uznała, że nie wszystko stracone i ambitnie atakowała. Raz po raz na przedpolu Putnocky’ego kotłowało się, ale gospodarze nie potrafili oddać skutecznego strzału.

Lech znów mistrzowsko przeczekał napór przeciwnika i znów go mistrzowsko skarcił. Rzut wolny wykonał rezerwowy Radut, a w zamieszaniu podbramkowym gola strzelił drugi rezerwowy – Marcin Robak. Do końca meczu brakowało 10 minut, więc Arkę było stać na zagrażanie Putnocky’emu, ale nie na odwrócenie losów meczu. Trudno o tym marzyć przegrywając trzema golami z najlepszą aktualnie drużyną w kraju.

Lech Poznań – Arka Gdynia 4:1 (3:0).

Bramki: Gajos, Jevtić, Kownacki, Robak – Siemaszko.