Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech – ulubiony przeciwnik Pogoni. Czas to zmienić

włącz .

Nikt nie wie, skąd się to bierze, ale tak dzieje się często. Drużyna, z którą gramy w Pucharze Polski, mniej więcej w tym samym czasie jest naszym przeciwnikiem także ligowym. Przykładów nie brakuje. W ostatnich latach seryjnie graliśmy z Wisłą, wcześniej z innymi zespołami. Teraz czekają nas aż trzy pojedynki z Pogonią Szczecin. Trudno wskazać, co ważniejsze – puchar czy liga, więc żeby nie było wątpliwości, trzeba wygrać wszystko.

W piątek mecz numer 1. Lech jest w formie, poszczególni piłkarze grają na miarę swych niemałych możliwości, więc ligowy średniak, jakim jest Pogoń, nie powinien być nam straszny. A jednak w Szczecinie nigdy Lechowi nie grało się dobrze. Miejscowi sprężają się szczególnie, bo dla nich to najważniejszy mecz całego sezonu. Lech jest drużyną znacznie wyżej notowaną, odniósł w lidze i pucharach bez porównania większe sukcesy, ale statystyki bezpośrednich pojedynków, szczególnie wyjazdowych, wcale nie są dla nas korzystne. Właśnie tam ponieśliśmy największą klęskę w ostatnich latach – 1:5, gdy niejaki Marcin Robak umiejętnie wykorzystał pięć błędów Huberta Wołąkiewicza.

Nie tylko całej drużynie, ale i pojedynczym piłkarzom Lecha nie najlepiej wiedzie się w spotkaniach przeciwko Pogoni. Żaden z tych, co dziś grają w Kolejorzu, nie zdobył w takich meczach łącznie więcej niż dwa gole. Ma się to nijak do tego, co przeciwko Lechowi, w barwach Pogoni, zdziałał sam Robak. Kiedyś było inaczej. Sam Krzysztof Gajtkowski w wygranym 6:0 przez Kolejorza meczu zdobył pięć goli. Jedną dołożył Michał Goliński. Sytuacja była szczególna, bo tamtą Pogoń, zdemolowaną przez właścicieli, Antoniego Ptaka i jego bawiącego się w magnata piłkarskiego syna, lali wszyscy.

Dla Pogoni Lech to najbardziej znienawidzony przeciwnik, a historia tego szczerego uczucia sięga początku lat 70., gdy w portowych bartwach grali Włodzimierz Wojciechowski i Roman Jakóbczak. To Wielkopolanie, świetni piłkarze, skazani na grę z dala od domu, bo Poznań od dziewięciu lat nie miał drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej. Gdy pojawiła się szansa na awans Lecha, obaj wrócili do Poznania, ale nikt ich nie kupował, bo rynek transferowy nie istniał, wartością nadrzędną było przywiązanie do barw klubowych, piłkarze zwykle w jednej drużynie spędzali całe życie. Mówiąc brutalnie – zostali skaperowani. Pomogli Lechowi wywalczyć ekstraklasę, zostali gwiazdami, reprezentantami kraju. Pogoń nie cierpiała za to Lecha równie mocno, jak w Poznaniu, za podobne działania, „ceni się” Legię.

Oceniając szanse Lecha, najczęściej patrzymy na naszego przeciwnika przez pryzmat historii. Zmagania z każdym klubem mają długą tradycję. Wiadomo, z kim idzie łatwo, a z kim jak po grudzie. Teraz może to być mylące. Nie wiemy, co Lech osiągnie w tym sezonie, ale idzie ku temu, że będzie można mówić o erze Bjelicy i erze sprzed Bjelicy. Lecha ostatnio chwalą wszyscy, nawet wtedy, gdy nie wygrywa. W nowym roku wystartował jak rakieta. Zdarzało się w tej lidze, że któraś drużyna nagle zaczynała bić pozostałe, ale tylko po radykalnej przebudowie składu. Lech personalnie jest zespołem tym samym, jakościowo – nie takim samym. Zawodnicy podnieśli kwalifikacje. Jeżeli w najbliższych tygodniach nic się nie zmieni, zmotywowana Pogoń będzie mogła wznosić się na wyżyny, ale i tak niczego nie zdziała, bo grać w piłkę na poziomie Lecha po prostu nie potrafi.