Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Kolejorz coraz bliżej Stadionu Narodowego. Wisła wyeliminowana. Teraz Pogoń

włącz .

Cel, czyli awans do półfinału Pucharu Polski, stał się faktem. Szkoda jednak, że w drugiej połowie Lech zatarł dobre wrażenie z pierwszej. Był bliski zdemolowania kolejnego przeciwnika, strzelił mu trzy gole i czuł się panem sytuacji, szczególnie po wyrzuceniu z boiska Adama Mójty. Ambitnie grająca Wisła potrafiła jednak wykorzystać niemrawość i kunktatorstwo Koleojrza, strzeliła mu dwa gole, napędziła strachu. W półfinale na Lecha czeka Pogoń.

To był pierwszy od dawna mecz, w którym trener Bjelica nie posłał do boju wciąż tej samej, wygrywającej jedenastki. Dokonał czterech zmian. W połowie były one jego wyborem (Burić za Putnocky’ego i Robak za Kownackiego), a w połowie koniecznością (Nielsen za leczącego się Arajuuriego i Tetteh za wykartkowanego Trałkę). Wisła, która ma mniej wyrównany skład, doznała poważniejszych osłabień – nie grali podstawowi obrońcy: Sadlok, Guzmics, Głowacki.

Pierwsze minuty to wyrównana gra, tocząca się głównie na środku boiska. Kolejorz nie grał tak, jak w poprzednich meczach, nie zdominował przeciwnika, czuł się jednak pewnie. To Wisła jako pierwsza stworzyła zagrożenie, na szczęście obrońcy Lecha wyszli z tego obronną ręką. Gościom nie wychodziły akcje ofensywne, trudno im było wymienić kilka celnych podań. Także stałe fragmenty gry nic ciekawego nie przynosiły. Kolejorz częściej był przy piłce, ale rozgrywał ją głównie na własnej połowie. Natomiast Wisła po każdym przechwycie próbowała szybkich ataków. Po jednym z nich w 13 minucie Burić musiał ratować sytuację wybiegiem poza pole karne. Starł się z Brożkiem, na szczęście będący blisko tej akcji sędzia, ku oburzeniu Wiślaków, nie dopatrzył się faulu.

Kiedy Lech wymienił wreszcie w polu karnym Wisły kilka podań, od razu przyniosło to skutek. Majewski został sfaulowany, a jedenastkę na gola, jak zwykle pewnym strzałem po zmyleniu bramkarza, zamienił Robak. Teraz to Wisła została zmuszona do przejęcia inicjatywy, nie mogła już czekać na swojej połowie na przeciwnika. Mecz zrobił się ciekawszy i można tylko żałować, że aura nie dopisała. Padał śnieg, jedna strona boiska była nim przykryta, tam nie było co marzyć o płynnej grze.

W 28 minucie stało się oczywiste, że dogrywki nie będzie, a Wisła, jeżeli chce awansować, musi zdobyć trzy gole. Wystarczyły przebłysk geniuszu Jevticia i zimna krew Makuszewskiego. Darko magicznym podaniem wyprowadził skrzydłowego na idealną pozycję, ten spokojnie posłał pilkę do bramki obok bramkarza. Gospodarze zaatakowali wtedy jeszcze mocniej, a celem Lecha było wybicie ich z uderzenia. Nie zawsze to się udawało, ale Wisła sama sobie szkodziła kwestionując decyzje sędziego, za co sypały się żółte kartki. Szybko też została znokautowana, gdy idealne podanie od Makuszewskiego, będąc na pograniczu spalonego, przejął Jevtić. Po szybkim biegu znalazł się sam na sam z bramkarzem i mistrzowsko go zmylił. 3:0 wydawało się rozstrzygać kwestię awansu. Można było grać swobodnie, wymieniać podania. Niestety, często piłka była wycofywana do Buricia, a to zawsze oznaczało stratę po fatalnym wybiciu. Po bramkarzu Lecha było widać brak ogrania. Zachowywał się nerwowo, "elektrycznie".

Lech do drugiej połowy, co zrozumiałe, przystąpił z jeszcze większą pewnością siebie. Wydawało się, że Wisła nie potrafi zdobyć choćby jednej bramki, szybko to jednak trzeba było zweryfikować. Po błędzie Bednarka aż dwóch Wiślaków znalazło się przed Buriciem i pierwszy raz od niepamiętnych czasów Kolejorz stracił gola. Młody obrońca, który nie miał dobrego dnia, okazał się słabszy fizycznie od atakującego go Brożka, a Burić interweniował mało zdecydowanie. W tej części gry Lech grał niemrawo, na przetrwanie. Z pomocą pospieszył mu… Mójta. Obrońca Wisły sfaulował szarżującego Makuszewskiego, za co zobaczył drugą żółtą kartkę i Wisła stanęła przed zadaniem niewykonalnym: zdobyć trzy gole grając w osłabieniu.

Lech poczuł się jeszcze pewniej niż dotychczas. Teraz już w ogóle nie wykazywał agresji, nie tylko zresztą w ataku, ale i w obronie i szybko za to zapłacił – grająca w dziesiątkę Wisła zdobyła drugiego gola. Lech zafundował więc sobie emocje, na których wcale mu nie zależało. Grał źle, jakby to jemu brakowało piłkarza, i to nie jedenego. . Mnożyły się niecelne podania i proste straty. Po zejściu z boiska Jevticia, głównego kreatora gry, stracił koncept. Trochę energii w szeregi Kolejrza wniosło wprowadzenie na boisko młodzieży - Jóźwiaka i Kownackiego. Ten pierwszy przeprowadził rajd lewym skrzydłem, z zimną krwią wycofał piłkę do Majewskiego, który zdobywając czwartego gola definitywnie zamknął mecz.

Wisła Kraków – Lech Poznań 2:4 (0:3)

Bramki: Brlek (51), Małecki (66) – Robak 20 k.), Makuszewski 28, Jevtić (38), Majewski (82).

Żółte kartki: Mączyński, Mójta, Popović, Żemło, Małecki – Tetteh, Kedziora.

Czerwona kartka: Mójta (za dwie żółte).

Wisla: Łukasz Załuska - Boban Jović, Piotr Żemło, Alan Uryga, Adam Mójta - Krzysztof Mączyński, Denis Popović (6. Jakub Bartosz) - Patryk Małecki, Petar Brlek, Rafał Boguski(80. Krzysztof Drzazga) - Paweł Brożek (70. Mateusz Zachara).

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Lasse Nielsen, Jan Bednarek, Tamas Kadar - Abdul Aziz Tetteh, Maciej Gajos (86. Dariusz Dudka) - Maciej Makuszewski, Radosław Majewski, Darko Jevtić 68. Kamil Jóźwiak) - Marcin Robak (76. Dawid Kownacki).

Widzów: 10.507.