Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Gra słabiutka ale zwycięstwo Lecha pewne

włącz .

Bardzo niskie wymagania wobec swych piłkarzy ma trener Nenad Bjelica. Wychwalał ich za doskonały mecz, nie widział słabych punktów drużyny. W rzeczywistości grała ona słabo, popełniała błąd za błędem, mnożyły się głupie straty piłek, a zwycięstwo nad Wisłą Płock zawdzięcza słabości rywala. Wynik wisiał na włosku, dopóki trener gości nie wpuścił na boisko konia trojańskiego – piłkarza, który podarował Lechowi rzut karny, a potem zrobił wszystko, by sędzia wywalił go z boiska.

Wszyscy spodziewali się ostrożnej gry Wisły Płock, defensywnej taktyki, czyhania na kontrę. Było zupełnie inaczej – to goście zdominowali Lecha, na nic mu nie pozwalali, atakowali pięcioma-sześcioma zawodnikami. Lech nie miał kontroli nad grą, nie potrafił przytrzymać piłki, sprawiał wrażenia zagubionego. Aż wykorzystał ofensywę Wisły i skarcił ją. Przejął piłkę, po serii celnych zagrań – to duża rzadkość w tym meczu – w dobrej sytuacji znalazł się Kownacki i pewnym strzałem pokonał Kiełpina. Młody napastnik grał tym razem od początku. I nic dziwnego, jest w lepszej dyspozycji niż Marcin Robak. Gol padł dlatego, że Majewski wspaniałomyślnie nie oddał kolejnego niecelnego strzału, lecz dostrzegł "Kownasia". Więcej mu się to tego wieczoru nie zdarzyło.

Majewski był jednym ze słabszych piłkarzy na na boisku. Zmarnował wiele dobrze zapowiadających się akcji. Oddawał strzały, które zawsze były niecelne lub piłka zatrzymywała się na obrońcy. Dawał się ogrywać, przegrywał pojedynek za pojedynkiem, silniejsi rywale przepychali go bez trudu. Koledzy zaprezentowali się nie lepiej. Jeżeli nawet udało się wykonać kilka podań i znaleźć się blisko pola karnego Wisły, następowało niecelne, niechlujne zagranie albo strzał z nieprzygotowanej pozycji. Nie było więc zagrożenia bramki Kiełpina. Na szczęście Wisła, zmuszona do jeszcze bardziej ofensywnej gry niż na początku, atutów miała jak na lekarstwo. Płynnie grała w środku boiska, którego fatalna jakość mniej jej przeszkadzała niż gospodarzom, ale pod bramką Putnocky’ego zawodziła. Lepiej niż Lech zorganizowana drużyna potrafiłaby wyprowadzić kontry, odnieść wysokie zwycięstwo.

Druga połowa miała podobny przebieg. Kibice – których przyszło na stadion rekordowo mało – wściekali się widząc tak dużą nieporadność i bali się, że trzeba będzie zapłacić za minimalizm. W poprzednich meczach Lech tracił bramki i punkty w doliczonym czasie, a Wisła niestrudzenie parła do przodu, Putnocky’emu zdarzało się minąć z piłką. Na szczęście dla Lecha na boisko w końcowych minutach wszedł Emil Drozdowicz, który zatrzymywał w polu karnym Trałkę z użyciem rąk. Zobaczył za to żółtą kartkę, a Marcin Robak zdobył z 11 metrów gola. Było już pewne, że Lech wygra, gdy znów dał o sobie znać Drozdowicz. Popełnił faul, a potem powiedział kilka „miłych” słów sędziemu, ten pokazał mu drugą żółtą kartkę.

Lech Poznań – Wisła Płock 2:0 (1:0)

Bramki: Kownacki (9), Robak (88 z rzutu karnego).

Żółte kartki: Robak – Drozdowicz

Czerwona kartka: Drozdowicz (za drugą żółtą)

Lech:Matus Putnocky - Tomasz Kędziora, Jan Bednarek, Paulus Arajuuri, Tamas Kadar - Abdul Aziz Tetteh (79. Łukasz Trałka), Radosław Majewski - Darko Jevtić (86. Szymon Pawłowski) , Maciej Gajos, Maciej Makuszewski - Dawid Kownacki (69. Marcin Robak).

Wisła: Seweryn Kiełpin - Patryk Stepiński, Przemysław Szymiński, Tomislav Bożić, Kamil Sylwestrzak - Maksymilian Rogalski (82. Emil Drozdowicz), Dominik Furman - Piotr Wlazło (46. Dominik Kun), Dimitar Iliev (61. Siergiej Kriwiec), Giorgi Merebashvili - Jose Kante.

Widzów: 9.591.