Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Poznański futbol alternatywny

włącz .

Dla piłkarzy Lecha za chwilę zacznie się najważniejszy moment w całym sezonie. Do końca rozgrywek daleko, wszystko rozstrzygnie się w kwietniu i maju, ale kilka najbliższych spotkań pokaże, czy drużyna na dobre wróciła na właściwe tory i możemy liczyć, że wiosna będzie nasza. Choć trener Nenad Bjelica wzmocnień się nie domaga, żaden komentator ani żaden kibic nie ma wątpliwości, że są one niezbędne, skoro drużyna ma lepiej spisywać się w ofensywie i atakować skrzydłami.

Nowy trener objął drużynę podczas przerwy w ligowych rozgrywkach na mecze reprezentacji. Właśnie kończy się drugi taki okres. Kapitan drużyny Łukasz Trałka broni się przed stwierdzeniem, że piłkarze trenują teraz wyjątkowo solidnie. – Gdybym to przyznał, posypałyby się pytania, co było wcześniej? Dlaczego dotychczas tak mocno nie pracowaliśmy? – zastrzega. Twierdzi, że nowy trener ma swoje własne podejście, zwraca uwagę na inne elementy. Nowy duch w drużynie przejawia się w tym, że walczy ona do końca, potrafi odrabiać straty, strzelać bramki w ostatnich minutach.

Czasu na treningi i dobre przygotowanie się do następnych meczów jest sporo. – Możemy liczyć głównie na podtrzymanie formy, bo chcąc myśleć o poważniejszej pracy z drużyną, trener musiałby mieć na miejscu większą liczbą piłkarzy – mówi Szymon Pawłowski. Nenadowi Bjelicy zadania nie ułatwia nieobecność w Poznaniu dziewięciu reprezentantów. Kadar i Arajuuri zagrali w swych drużynach narodowych, Burić oglądał mecz swej kadry z ławki rezerwowych. Dobrze za to spisali się młodzieżowcy. Lechici stanowią trzon zespołu do lat 21, w meczu przeciwko Czarnogórze Formella i Kownacki zdobyli gole.

Obaj utalentowani piłkarze zbawcami Lecha jeszcze nie zostali. Czas szybko płynie i niebawem nie będzie już można ich nazywać młodzieńcami z wielkim potencjałem. Lech musi mieć silniejszy atak i solidne skrzydła, ale zamiast się wzmacniać, traci piłkarzy. Nicki Bille będzie mógł grać dopiero wiosną, a jego forma to wielka niewiadoma nawet kiedy jest zdrowy. Trenerowi pozostał jeden wartościowy napastnik, Marcin Robak. Sprowadzony został do klubu po to, by strzelał dużo bramek, szybko się jednak okazało, że nie jest zdrowy. Choć leczył się właściwie przez cały sezon i pożytku z niego nie było, władze klubu nie fatygowały się z szukaniem kogoś, kto go zastąpi.

Kiedy Arkadiusz Milik odniósł poważną kontuzję, cały Neapol dyskutował na temat nazwiska tego, co go zastąpi. Mają tam liczną i mocną kadrę zawodników, ale skoro wydało się dużą kasę na Milika, to znaczy, że był niezbędny i nie można sobie pozwolić na brak kogoś takiego. W Lechu myślą inaczej. Po co trwonić pieniądze, przecież Robak kiedyś wyzdrowieje, a jeżeli drużyna zostanie pozbawiona snajpera, to nic złego się nie stanie. Skoro więc można żyć bez Robaka, nasuwa się proste pytanie – po co było go angażować? Podobną sytuację mamy teraz. Nieobecności Bille nikt nawet nie zauważy, bo bramki strzelał sporadycznie. Także i w tym przypadku nie można nie spytać – po co go było ściągać z ligi duńskiej? I kto odpowiada za tak „przemyślaną” politykę transferową?

Czy można sobie wyobrazić drużynę z poważnymi aspiracjami radzącą sobie przez wiele miesięcy z wakatami na kluczowych pozycjach? Taka sytuacja skompromitowałaby dyrektora sportowego i tych, co go zatrudnili. Dziennikarze mieliby używanie, także kibice doceniliby tak „profesjonalne” zarządzanie klubem. W Lechu jest inaczej, tu mamy do czynienia z futbolem alternatywnym. Wszak już wielkie trenerskie autorytety, takie jak Jose Mari Bakero i Mariusz Rumak orzekły, że nie liczą się nominalne funkcje, każdy może przejąć funkcję zdobywania bramek. Nie zdziwmy się więc, gdy także obecny trener będzie musiał pójść śladami wybitnych poprzedników i na pozycji nr 9 wystawiać Pawłowskiego lub Gajosa.