Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Co za pech! Lech był lepszy ale przegrał w Gdańsku

włącz .

To był najlepszy wyjazdowy mecz Lecha od co najmniej od roku. Niestety, został przegrany w sposób dramatycznie pechowy. Lechia w drugiej połowie nie istniała. Świetnie dysponowany bramkarz ratował ją w niesamowitych sytuacjach. Kilka minut przed końcem Lech sam sobie strzelił bramkę. Zabrakło czasu, by wyrównać. Gra taka jak w Gdańsku jest jednak nadzieją na lepsze czasy. Nie zawsze rywalom będzie dopisywało nieprawdopodobne szczęście.

Już nie tak odważnie, jak w pierwszym swym meczu zestawił drużynę Nenad Bjelica. Zastrzegał wcześniej zresztą, że jeżeli sytuacja będzie tego wymagać, nie zrezygnuje z dwóch defensywnych pomocników. Lechia słynie z ofensywnej gry, więc chcąc ją zneutralizować Chorwat przywrócił do składu Łukasza Trałkę. Przeciwko Pogoni wykorzystał wszystkich swych kreatywnych zawodników. Tym razem na ławce zostawił Jevticia i Majewskiego. Już samo to było sygnałem, że Lech nie odpowie atakiem na atak Lechii, lecz spróbuje ją powstrzymać w środku boiska.

Niektóre zmiany w składzie były wymuszone – Bednarka wykluczyły kartki, a Arajuuriego odniesiona na rozgrzewce kontuzja. O obronę w składzie Wilusz-Nielsen można się było poważnie bać. Od początku aż do prawie ostatniej miniuty Lech jednak przekonywał, że w tym meczu nie wszystko będzie zależeć od defensywy. Wykorzystywał każdą okazję do inicjowania szybkich ataków i już po kilku minutach mógł wyjść na prowadzenie. Będący w dobrej pozycji Robak źle podał Makuszewskiemu i ten zamiast mieć łatwą drogę do bramki musiał wdać się w pojedynek z obrońcą i oddać słaby strzał lewą nogą.

Lech z dużym wyczuciem neutralizował ofensywne poczynania Lechii, nie pozwalał jej się rozpędzić. Przechwytywał odbite, pozornie bezpańskie piłki, uniemożliwiał gospodarzom ich ulubioną grę szybkimi podaniami. Można mieć pretensje tylko o zbyt wiele chaotycznych wybić do przodu, brak zimnej krwi w ataku. Kiedy jednak było trzeba, Kolejorz przyspieszył. Aktywny, chcący się pokazać gdańskiej publiczności Makuszewski popędził prawym skrzydłem i w pełnym biegu dośrodkował. Wydawało się, że to zmarnowana akcja, bo pod bramką był tylko Robak. Napastnik wykazał się jednak świetnym timingiem i trafił głową idealnie dając Lechowi prowadzenie. Mógł się nim niestety cieszyć tylko kilka minut. Po rzucie rożnym rozkojarzony Kadar odpuścił krycie i osamotniony Marco Paixao wyrównał.

W pierwszej połowie Lech bardziej mógł się podobać. Mniej atakował, ale czynił to w sposób bardziej przemyślany, choć nie do końca skoordynowany. Grał twardo, niekiedy zbyt agresywnie narażając się na kartki. Chwila gapiostwa w obronie kosztowała go utratę prowadzenia, a było pewne, że po przerwie Lechia zaatakuje ze zdwojoną mocą. I tak się stało, Lech na kilka minut został zamknięty we własnym polu karnym. Otrząsnął się na szczęście z tego i znów nękał Lechię szybkimi atakami. Bliski zdobycia bramki był Robak, znów głową po dobrym dośrodkowaniu z prawej strony.

W 70 minucie Lech cudem nie strzelił bramki. W akcję znów był zamieszany Makuszewski, włączył się Trałka. Bramkarz Lechii cudem odbił kilka strzałów Robaka. Chwilę później mało dotychczas widoczny Pawłowski przeprowadził piękny rajd, celnie i efektownie uderzył, ale znów bohaterem był bramkarz gospodarzy. To nie koniec, ostrzał bramki Lechii wciąż trwał, Kolejorz niespodziewanie uzyskał przewagę. Nie kontrował, atakował frontalnie. Nie wiadomo, czy to był rezultat nadzwyczajnej mocy Lecha, czy utraty sił przez przeciwnika. Na takiego Kolejorza kibice czekali. Przez cały mecz oddał dwukrotnie więcej celnych strzałów niż ofensywnie usposobiony przeciwnik.

W tym momencie można się było zastanawiać, czy Lech wygra ten mecz, czy tylko pechowo zremisuje. Było niestety jeszcze jedno rozwiązanie. Przypadkowo wrzucona w pole karne przez Chrapka piłka odbiła się od Macieja Wilusza i wpadła do bramki, Burić był bez szans. Lechia w ten sposób otrzymała to, na co w żadnym stopniu nie zasłużyła. Wilusz to piłkarz z ogromnym pechem. Jeżeli nawet nie robi większych błędów przez cały mecz, to i tak powoduje, że jego drużyna traci punkty. Jest mu to widać pisane. Można się zastanowić, komu tego gola zaliczyć - Wiluszowi czy Chrapkowi. Jeden i drugi trafił przypadkowo, ale szczęście miał tylko piłkarz Lechii.

Lechia Gdańsk – Lech Poznań 2:1 (1:1)

Bramki: Marco Paixao, Wilusz (samobójcza) – Robak

Kartki: Kadar, Kędziora.

Lechia: Vanja Milinković-Savić - Grzegorz Wojtkowiak, Joao Nunes, Mario Maloca, Jakub Wawrzyniak - Flavio Paixao, Simeon Sławczew, Milos Krasić (75. Michał Chrapek), Rafał Wolski (81. Lukas Haraslin) - Grzegorz Kuświk (63. Sławomir Peszko), Marco Paixao.

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Lasse Nielsen, Maciej Wilusz, Tamas Kadar - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh - Maciej Makuszewski (75. Dariusz Formella), Maciej Gajos (62. Radosław Majewski), Szymon Pawłowski (71. Darko Jevtić) - Marcin Robak.

Widzów: 26 tysięcy.