Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Przy Bułgarskiej bez zmian

włącz .

Media, komentatorzy nie tylko z Poznania, kibice od dawna dyskutują na temat osoby nowego trenera Lecha i piłkarzy, którzy jeszcze w tym okienku transferowym zasilą drużynę. Fatalnie zaczęła ona sezon i jeżeli ma go jeszcze uratować, potrzebuje zmian. Wszystko jednak wskazuje, że nikt w klubie niczego zmieniać nie zamierza. Z Bułgarskiej popłynie w świat sygnał: jest dobrze, podążamy we właściwym kierunku, nie potrzebujemy lepszego trenera ani nowych piłkarzy.

Po pierwszych meczach nowego sezonu stało się oczywiste, że drużyna nie jest dobrze przygotowana do rozgrywek. Nie potrafi strzelać bramek. Trener, którego po zmarnowaniu poprzedniego sezonu obdarzono zaufaniem, nie radzi sobie. W składzie Lecha, wbrew szumnym zapowiedziom, nie nastąpiły radykalne zmiany. Odeszli piłkarze znaczący, a ludzi, którzy ich zastąpili, nie stać na zmianę oblicza zespołu. Wszystko wskazuje na to, że klub skazany jest na wegetację. W ubiegłych dekadach obiektem żartów byli „ambitni” działacze piłkarscy zainteresowani wyłącznie bezpiecznym miejscem w środku tabeli. Właśnie tacy rządzą dziś Lechem, ale nikomu jakoś z tego powodu nie jest do śmiechu.

Spotykający się dziennikarzami zawodnicy i członkowie sztabu szkoleniowego są przekonani, że drużyna wreszcie zacznie wygrywać i piąć się w górę tabeli. Tak jest od początku sezonu, takie zapewnienia wciąż pozostają pobożnymi życzeniami, więc zniechęceni kibice przestali w nie wierzyć. Oczekują ofensywnej gry, rezygnacji z wystawiana w każdym meczu dwóch „szóstek”, czyli defensywnych pomocników, zastąpienia ich graczami kreatywnymi. Sztab szkoleniowy Lecha wie swoje.

– To prawda, że naszą bolączką jest skuteczność. Pracujemy nad tym przez cały czas, od samego początku, niezależnie od wyników, jakie w danych meczach osiągamy. Początkowo skuteczność była stuprocentowa, wiosną się to zacięło. Ten sezon zaczęliśmy dobrze, strzeliliśmy 4 bramki Legii, potem znów się zacięło – przyznaje Mirosław Kmieć, asystent Jana Urbana. Bramkarz Lecha Matus Putnocky zdradza, że podczas treningów zdarza mu się nie obronić żadnego strzału Robaka i Bille. Podczas meczów obaj tracą snajperskie walory. Na dodatek Duńczyka wyłączył ostatnio z gry uraz – czuje bóle w pachwinie.

Piłkarzom Lecha trudno dojść do równowagi, brak dobrych wyników im ciąży. Atmosfera poprawiła się po meczu z Cracovią, ale po spotkaniu w Niecieczy znów „siadła”. – To atmosfera robi wynik, a nie odwrotnie. Gdy się wygrywa, idzie łatwiej. Po porażkach widać symptomy załamania. Staramy się motywować piłkarzy, żeby wychodzili z tego dołka – mówi Mirosław Kmieć. Przyznaje, że dobra drużyna to taka, która potrafi kreować sytuacje bramkowe. Lechowi ta sztuka ostatnio się nie udaje. – Krytykuje się wystawianie dwóch defensywnych pomocników. Kiedyś to zdawało egzamin, a w pracy nad drużyną najważniejsza jest konsekwencja. Nie możemy zmieniać taktyki po każdej krytyce lub podpowiedzi. Tu nie chodzi zresztą o system, ale o zawodników. Nikt nie zabrania Tettehowi i Trałce kreowania akcji i strzelania bramek – podkreśla asystent trenera Lecha.

Mirosław Kmieć przyznaje jednak, że trenerzy zauważyli, ile drużynie potrafi dać Darko Jevtić. Kiedy wchodzi na boisko, nagle pojawiają się okazje bramkowe. – To nam daje do myślenia – zapewnia. Szkoda jednak, że z tego myślenia nic nie wynika i trener z żelazną konsekwencją trzyma się defensywnego ustawienia. Tym bardziej nie zmieni upodobań teraz, gdy staje się oczywiste, że pozostanie na swoim stanowisku. Raczej więc nie znikną problemy ze zdobywaniem bramek. Kibice coraz mniej chętnie będą zasiadać na trybunach. Lech nie porywa ani wynikami, ani grą. Nie ma ani jednego piłkarza przyciągającego fanów, choć tacy byli w drużynie zawsze, nawet w najbiedniejszych czasach.