Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Katastrofa Lecha. Kto go uratuje?

włącz .

Obwinianie piłkarzy i aktualnego trenera za ostatnie pasmo porażek i za beznadziejne wyniki w całym 2016 roku to uproszczenie. To, co dziś przeżywamy, jest konsekwencją destrukcyjnych działań rozpoczętych kilka lat temu, gdy klub pożegnał się z ludźmi mającymi pojęcie o futbolu. Choć geniuszami nie byli, to wiedzieli, jak się buduje i prowadzi drużynę. Nasz klub wylądował na samym dnie. I nie chodzi tu tylko o sytuację w ligowej tabeli. Mamy do czynienia z katastrofą. Rezygnacja z akcji ratunkowej byłaby sabotażem.

Wyobraźmy sobie, że po klęsce w Kielcach nie widzimy żadnej reakcji ze strony władz klubu. Przegraliśmy, stało się, mówi się trudno, ale walczymy dalej, przełamanie musi przyjść, potrzeba tylko wsparcia kibiców, którzy nie powinni zostawiać drużyny w trudnym momencie. Gdyby kibice jeszcze raz dali się na to nabrać, i gdyby rzeczywiście drużyna opanowała kryzys i wygrała jeden lub drugi mecz, to kolejna klęska, kolejny dramat byłby tylko kwestią czasu. To się powtarza z dużą regularnością i wynika właśnie z tego, że przy Bułgarskiej obowiązuje przyzwolenie na deptanie tego wszystkiego, z czego kibice zawsze byli dumni.

W szanującym się klubie głowy poleciałyby po 1:5 w Szczecinie, po meczach z Żalgirisem i ze Stjarnan, po wpadkach w Pucharze Polski, nawet po 1:4 w Kielcach. Po przegraniu sezonu i stracie milionów głowy poleciałyby także w zarządzie. Lech miał kiedyś dobrą markę, symbolizował to wszystko, co wyrasta ponad ligową przeciętność. Dziś nikogo specjalnie nie dziwi, gdy przegrywa mecze kilkoma bramkami. Granice wstydu przesuwane są coraz dalej i aż strach pomyśleć, co jeszcze może się z tą drużyną zdarzyć. Odpowiadające za nią osoby mają dużą tolerancję na obciach, albo nawet nie znają takiego słowa. Nie chcą zarządzać sukcesem, bo to jest kosztowne. Wolą przeciętność, nic sobie nie robią z żadnego blamażu, jakby nie firmowali tej drużyny. Gdyby z nią się identyfikowali, nie byłoby przyzwolenia na dziadostwo.

Wstyd to przyznać, ale dziś kibice Lecha zazdroszczą Legii. Przede wszystkim tego, że tam właściciele nastawili się na sukces. Nie biorą do drużyny byle kogo, kto jest wolny i drogo nie kosztuje, byle pod koniec okienka transferowego zapewnić sobie alibi. Tam transfery służą realnemu wzmacnianiu drużyny. Jeżeli trener nie spełnia oczekiwań, jak najszybciej zastępuje się go innym. Przedłużyć umowę z tym, co właśnie przegrał sezon? Przenigdy! W rezultacie klub jest o krok od wielkich pieniędzy, bo do Ligi Mistrzów został krok. Za chwilę finansowo przerośnie całą ligę. A „biznesowo” zarządzany Lech? Poniesie straty, nie gra przecież w pucharach i prawdopodobnie długo potrwa nim pokaże się w Europie, a jeszcze dłużej niż w losowaniach znów będzie rozstawiany. Transfery też budżetu nie zasilą. Po sprzedaży Kadara wyczerpią się klasowi piłkarze, bo tu nie ma awanturniczego ich sprowadzania. Frekwencja na meczach za chwilę będzie śladowa. Lech znalazł się w matni.

Struna kibicowskiej cierpliwości napina się z sezonu na sezon. Jeżeli pęknie, a wiele na to wskazuje, trzeba będzie zapłacić za lata pozorowanych działań, za tolerowanie bylejakości. Nie pomoże żadna akcja marketingowa, bo wszystkie zostały ośmieszone. Gdy grunt usuwa się spod nóg, nie można zapraszać do tańca. Ogłoszenie hasła „Mocni razem” i powtarzanie go, mimo iż od dawna brzmi komicznie, to tak, jakby na „Titanicu” powiesić tablicę z napisem „Niezatapialni” i zbierać na niej podpisy załogi i pasażerów. Ludzie nie chcą już rozmawiać o braku napastników i pomysłów na ofensywę, na archaiczną taktykę, na dziurawą obronę. To sprawa wtórna. Wygląda na to, że jedyną osobą nie dostrzegającą, w jakim miejscu znalazł się ten klub i komu to zawdzięcza, jest jego właściciel. Nie wstyd mu? Nie wierzę, by stracił kontakt z rzeczywistością i nie wiedział, co firmuje.

Józef Djaczenko