Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech zdemolowany w Kielcach. Bez rewolucji w klubie się nie obejdzie

włącz .

Jeszcze jedna klęska i brak widoków na wydobycie się z otchłani. Ludzie, którzy doprowadzili drużynę do takiej słabości winni są zbrodni na żywym organizmie. I nie chodzi tu tylko o obecnego trenera. Gra w Kielcach przez prawie cały mecz w osłabieniu nie może tłumaczyć wysokiej porażki. Postawa drużyny jest kompromitująca. Brakuje jej wszystkiego, a szczególnie dobrego trenera i klasowych piłkarzy. Pod obecnym kierownictwem klub tonie. I dobrze się to nie skończy ani dla Lecha, ani dla ludzi, którzy nim nieudolnie rządzą.

Przed meczem z Koroną Kielce można było mieć nadzieję na przełamanie się Lecha, na powrót do wygrywania. Wielu kibiców święcie w to wierzyło. Grę ze środka rozpoczęli goście i od razu przystąpili do realizacji jedynego planu, jaki mają na każdy mecz: wycofali piłkę do obrońców, którzy rozgrywali ją bezpiecznie między sobą. Brakowało pomysłów na ofensywę, więc trzeba było starać się grać powoli, z wykorzystaniem skrzydeł. Po 6 minutach nastąpiło wydarzenie, które zadecydowało o przebiegu meczu zmuszając gości do porzucenia bezproduktywnej taktyki. Spóźniony w swej interwencji Tetteh niezgodnie z przepisami zatrzymywał wychodzącego sam na sam Kiełba, za co zobaczył czerwoną kartkę i Lech musiał grać w osłabieniu.

Sędzią meczu był Piotr Lasyk. Arbiter ze Śląska, dopiero zaczynający przygodę z gwizdkiem, zdążył już się Lechowi „przysłużyć”. W półfinale Centralnej Ligi Juniorów we Wronkach podjął serię kontrowersyjnych decyzji ewidentnie pomagając Legii w awansie. Za wyrzucenie Teteha trudno mieć pretensje, piłkarz zasłużył na to. Inna sprawa, że jest to sędzia dla Lecha pechowy, do tego mający problemy ze sprawiedliwą oceną wydarzeń. Na brutalny faul piłkarza Korony nie zareagował czerwoną kartką, choć powinien.

Lech nie mógł już grać po swojemu. Wycofał się i próbował szybkich ataków. Nadspodziewanie szybko przyniosło to dobry rezultat. Majewski dobrze obsłużył Robaka i ten strzelił dla Lecha pierwszego gola w sezonie. Gdyby obie drużyny grały w pełnym składzie, sytuacja byłaby dla gości idealna. Zachowywali się oni jednak nerwowo, niepewnie, nie byli panami sytuacji. W ich grze mało było jakości, mnożyły się niecelne podania. Na domiar złego popełnili jeszcze jeden fatalny błąd. Kędziora po juniorsku faulował w polu karnym, a sędzia bez wahania podyktował rzut karny i po chwili był już remis.

O tym, że pan Lasyk za Lechem nie przepada przekonywaliśmy się raz po raz. Pokazał żółtą kartkę Robakowi w sytuacji, gdy ten na to nie zasłużył. Nie zareagował na postępek Możdżenia, który strzał Gajosa sprzed pola karnego obronił ręką. Korona nie jest klasową drużyną, nie pokazuje finezyjnej piłki, więc jej przewaga nad osłabionym rywalem nie była wtedy duża. Piłkarze Lecha mogli sobie pozwolić na ataki skrzydłami, gdzie często byli faulowani. Majewski raz po raz wykonywał stałe fragmenty gry. Podawał bardzo dobrze, ale żaden z jego kolegów nie potrafił zrobić z tego użytku. Korona słynie z ostrej gry. Pan Lasyk wysoko sobie zawiesił poprzeczkę szafując kartkami od samego początku, więc musiał tę zabawę kontynuować. Inna sprawa, że niektóre występki gospodarzy traktował zbyt łagodnie.

W poprzednich meczach wystawiany na skrzydle Gajos był tam kompletnie bezproduktywny, ale Jan Urban albo wniosków nie wyciąga, albo robi to z opóźnieniem. W Kielcach Gajos znów pojawił się na skrzydle i grał tak, jak poprzednio. Po przerwie zastąpił go Formella. Inna sprawa, że ani on, ani Makuszewski to też nie są skrzydłowi na miarę Lecha. Nawet grając w osłabieniu można było rozpracować przeciwnika mając w składzie lepszych piłkarzy. Lech jest jednak w tym sezonie cieniem samego siebie i drugie 45 minut rozegrał katastrofalnie. Zaczął je fatalnie, od straty drugiej bramki. Sytuacja zrobiła się beznadziejna. Trudno było wierzyć w odrobienie straty.

Lech jednak próbował, szedł do przodu. Tyle, że czynił to beznadziejnie. Nie miał pomysłu na rozmontowanie twardej kieleckiej defensywy. Nie ma w składzie piłkarzy zapewniających jakość, przewagę nad rywalem w jakimkolwiek elemencie. Skazywana na spadek Korona takich znalazła. Na boisko wszedł doświadczony Hiszpan Palanca. Grał kiedyś w La Liga na najwyższym poziomie i choć teraz dużo brakuje mu do dawnej formy, umiejętności pozostały. Oddał wspaniały strzał z dystansu. Mocno podkręcona piłka wpadła do bramki obok bezradnego Buricia i Lech leżał już na łopatkach. To jeszcze nie był koniec nieszczęść – padła i czwarta bramka. Obrona nie reagowała, gdy piłkarz Korony wychodził do główki.

Można powiedzieć – to już jest koniec. Już po Lechu. Tym Lechu. Z tej drużyny już nic nie będzie. Jest jeszcze czas na sprowadzenie nowych piłkarzy, porzucenie kunktatorskiej polityki, ratowanie klubu. Do tego jednak niezbędne są radykalne zmiany. Nie wystarczy wyrzucić trenera. Lech jak powietrza potrzebuje ludzi znających się na piłce, potrafiących ocenić jakość piłkarzy i przydatność trenerów. Kibice już się nie nabiorą na pozorowane działania.

Korona Kielce – Lech Poznań 4:1 (1:1)

Bramki: Sekulski (21), Sekulski (50), Palanca (69), Grzelak (79) - Robak (16).

Żółte kartki: Grzelak, Rymaniak, Kallaste, Pilipczuk - Robak, Kadar, Majewski, Wilusz, Trałka

Czerwona kartka: Tetteh

Korona: Michal Pesković - Bartosz Rymaniak, Radek Dejmek, Dmitry Wierchowcow, Ken Kallaste - Rafał Grzelak - Jacek Kiełb (84. Vladislavs Gabovs), Nabil Aankour, Mateusz Możdżeń (90. Marcin Cebula), Siergiej Pilipczuk - Łukasz Sekulski (64. Miguel Palanca).

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Maciej Wilusz, Tamas Kadar, Robert Gumny - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh - Maciej Makuszewski (72. Darko Jevtić), Radosław Majewski, Maciej Gajos (46. Dariusz Formella) - Marcin Robak (79. Nicki Bille).