Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Upadek kontrolowany?

włącz .

Początek nowego sezonu potwierdza tezę, że nie ma jednego Lecha. Istnieją co najmniej dwa. Utożsamiający się z klubem o długiej, wielopokoleniowej tradycji kibice mocno przeżywają to, co z nim robią „oni”, czyli zarząd. Boleją nad dewastacją wizerunku dumy Wielkopolski przez ludzi, dla których KKS Lech Poznań SA jest oderwaną od sportu korporacją. Jedni marzą o sukcesach, drudzy mają inne priorytety. Rozdźwięk narasta, z powstałego przy Bułgarskiej chaosu nie może wyłonić się nic dobrego.

Nie wiadomo, jakie są prawdziwe intencje ludzi władających klubem. Postępują dokładnie tak, jakby nastawili się na stopniowe osłabianie wartości drużyny, zniechęcanie ludzi do przychodzenia na stadion, wygaszanie pozytywnych emocji, wywoływanie niechęci, a chwilami wręcz wściekłości fanów, tłumienie nadziei, że Lech się odrodzi i nawiąże do najlepszych tradycji. Gdyby wszystko to zostało wpisane do strategii spółki sportowej moglibyśmy powiedzieć, że cele te realizowane są z żelazną konsekwencją, a więc upadek Lecha jest kontrolowany.

Działalność klubu piłkarskiego opiera się na dwóch filarach. Pierwszy to sprawa biznesowego zarządzania, drugi to sfera sportu – prowadzenia drużyny, jej budowania, sprowadzania piłkarzy, szkolenia ich. O ile polityka finansowa budzi dyskusje i kontrowersje, to chyba nie znajdziemy ani jednej osoby twierdzącej, że sportowa część klubu znajduje się w fachowych rękach. Wprost przeciwnie. Ogromne możliwości Lecha kochanego przez tysiące kibiców, grającego w sercu dynamicznie rozwijającej się części Europy, zostały roztrwonione. Degradacja marki budowanej latami trwa.

Miarą jakości klubu piłkarskiego są wyniki drużyny. Posługiwanie się wobec kibiców takimi argumentami, jak biznesowe zarządzanie, wygrywanie finansowych rankingów, unikanie awanturniczej polityki transferowej jest kompletnym absurdem. Nie tego oni oczekują. Nie przychodzą na mecze, by cieszyć się, że klub równoważy budżet, że dał kolejną szansę trenerowi-nieudacznikowi, byle tylko nie ponosić zbędnych wydatków. To są chybione argumenty. Ludzie marzą o odrobinie ryzyka, o sprowadzeniu do Poznania piłkarskiej nadziei, o wysokich zwycięstwach, zdominowaniu ligi. Kiedy widzą, że drużynę „wzmacniają” Dariusz Dudka i Marcin Robak, są po prostu wściekli. Nie są idiotami i widzą, że w polskiej lidze znajdzie się bez porównania lepszych piłkarzy niż anonimowi Nielsenowie z podrzędnych duńskich klubów. Jeszcze pamiętają Roberta Lewandowskiego w koszulce Lecha. Dziś nie byłoby na to szans. Wydanie miliona złotych na juniora ze Znicza Pruszków to przecież awanturnictwo.

W Lechu pojawiła się bylejakość, jakiej nie było tu nigdy, nawet w czasach biedy i masowego wyprzedawania zawodników, byle tylko utrzymać się na powierzchni. Nigdy jeszcze sfera sportowa nie była zarządzana tak chaotycznie, tak nieudolnie. Jeden z moich doświadczonych kolegów dziennikarzy przypomniał ostatnio prowincjonalny klubik o nazwie Amica Wronki. Był i ciągle jest obśmiewany, ale grali tam piłkarze, o jakich w innych ośrodkach mogli tylko marzyć. Drużynę budowali zawodowcy, ludzie z doświadczeniem, bo właściciel Amiki nie udawał eksperta i super managera ale angażował takich, którzy się na rzeczy znają. Tam nie było naiwnych wierzących, że stanie się cud i 34-letni piłkarz, mający za sobą rok przerwy w grze, przeistoczy się w bombardiera.

Czy to możliwe, by właściciel klubu spokojnie obserwował, jak postępuje proces rozkładu? Nie zdaje sobie sprawy, że upadek w ten sposób zarządzanego Lecha jest nieuchronny? Ludzie w Poznaniu tęsknią do dobrej piłki, do zwycięstw, dlatego przyszli na pierwszy mecz z dużymi nadziejami. Na kolejnym było ich dużo mniej. Strach pomyśleć, co będzie na następnym, a straty poniesie nie kto inny, jak właściciel. Dziś trzeba ponosić konsekwencje braku udziału w europejskich pucharach, ale czy klub zrobił cokolwiek, by wrócić do lat prosperity? Wprost przeciwnie!

Większość obserwatorów była przekonana, że przed sezonem nie zostanie przedłużona umowa z trenerem, który zawalił wiosnę. Przy Bułgarskiej prowadzi się jednak biznes wyjątkowy. I płaci się za to. Trzy mecze, zero zwycięstw. Wizytówką Lecha stała się konsekwentna gra na zero z przodu. Oczywiście klub będzie desperacko zaklinać rzeczywistość, zapewniać, że nie ma żadnego kryzysu. Potem zacznie się szukanie ratunku, czyli nowego trenera. Taki cykl obowiązuje tu od lat. Wystarczyło zdecydowanie zareagować na pierwszą z historycznych klęsk, by nie przeżywać kolejnych. Skoro dało się przyzwolenie na dowolny blamaż, dziś zbiera się tego owoce.

Potrzeba długiego czasu, by zbudować coś wartościowego. Zburzyć jest łatwo, wystarczy powierzyć zarządzanie komuś bez kompetencji. Amator wyobraża sobie, że skoro drużynie brakuje obrońcy albo pomocnika, to trzeba takiego ściągnąć, wydając przy tym jak najmniej. Wizja gry drużyny? To jakaś fanaberia, nie w Poznaniu takie numery, zresztą zespół nie może wypracować sobie stylu, gdy każdy kolejny, zatrudniany w anormalnych warunkach trener nie buduje, lecz ratuje. Skutki tego widzimy na boisku, gdy brakuje płynności w przechodzeniu do ofensywy, a jedynym pomysłem jest podawanie piłki do obrońców lub do bramkarza, by ten bezładnie wybił ją do przodu. Niemcy mają na to trafne określenie: Rumpelfussball.

Kibice mają dylemat. Chcą chodzić na Lecha, mocnego Lecha, ale widzą, w jakim kierunku to zmierza. Z nostalgią wspominają czasy, gdy klub ledwo wiązał koniec z końcem, żył na długach, ale nie było rozdźwięku między władzami a kibicami. Wprost przeciwnie. Obowiązywało wzajemne zaufanie i przekonanie, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku, gramy do tej samej bramki. Kolejorz był tylko jeden, nasz, wspólny. Wystarczyło kilka lat, by to roztrwonić. Lech ma wszystko, by wrócić tam, gdzie jego miejsce. Potrzeba do tego ludzi z piłkarską wiedzą, z wyobraźnią i wyczuciem. To niewiele, ale dziś takie osoby nie mają na Bułgarską wstępu.

Józef Djaczenko