Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Juniorzy Lecha sprowadzeni na ziemię

włącz .

Półfinałowy mecz o mistrzostwo Polski juniorów dobiegał końca. Wynik wciąż był bezbramkowy, a chcąc awansować grający w osłabieniu Lech musiał pokonać Legią co najmniej 1:0. Był tego bliski, gdy Kacper Chodyna minął legionistę i został złapany w pół, gdy wpadał w pole karne. Uwolnił się, ale rywal znów zatrzymał go w stylu zawodnika rugby. O ile można dyskutować na temat koloru kartki za ten faul, to nie mogło być innej decyzji niż rzut karny. Arbiter podyktował rzut wolny sprzed pola karnego.

Po kilku minutach, już w czasie doliczonym Legionista faulowany był na granicy pola karnego Lecha. Sędzia zastanawiał się, co z tym zrobić, wyraźnie się wahał, aż wskazał na punkt, z którego wykonuje się rzuty karne. W ten sposób, dwoma decyzjami sędziego, losy rywalizacji zostały rozstrzygnięte. Młodzi gracze Lecha mogą mieć żal głównie do siebie, bo nie wykazali się skutecznością, nie potrafili przeprowadzić akcji bramkowej. Kiedy jednak byli tego bliscy, przeciwnik ratował się w sposób niesportowy, a sędzia to usankcjonował, by potem wykazać się niekonsekwencją.

Takie zdarzenia w futbolu zdarzają się, nie zawsze arbitrzy podejmują słuszne decyzje, ale w tym przypadku trudno mówić o przypadku. Kto był na meczu, ten widział, że sędzia z Bytomia wszystkie sporne decyzje rozstrzygał na korzyść Legii. Może jej kibicuje, może ma uraz do Lecha, a może uznał, że to warszawiacy powinni grać w finale. Nie ma co podejrzewać jeszcze gorszych przyczyn takiego postępowania. Kilkanaście lat temu nie byłoby wątpliwości, bo w decydującej fazie rozgrywek sędziowie „mylili się” właściwie w każdym meczu, a nie czynili tego przez przypadek lub zwykłe gapiostwo. Czasy na szczęście się zmieniły, ale nie wszystko działa tak, jak należy.

Najgorzej, że takie numery zdarzają się w rozgrywkach juniorskich. Nastoletni piłkarze, zaczynający prawdziwą rywalizację, już na starcie przekonują się, że nie wszystko zależy od sportu, że można włożyć w mecz wielki wysiłek i dużo serca, a na koniec o wszystkim decyduje kaprys pana z gwizdkiem. Arbitrowi z Bytomia nie można zarzucić, że w ewidentny, chamski sposób faworyzował Legię, widział urojone faule, na niektóre zagrania przymykał oko. Po stronie jednej z drużyn stawał za to we wszystkich sytuacjach wątpliwych, kontrowersyjnych. Nie mógł tego nie zauważyć nikt, kto obejrzał mnóstwo meczów i ma duże doświadczenie. Poważny błąd sędziego był tylko jeden, za to ewidentny i brzemienny w skutki.

Po końcowym gwizdku młodzi Lechici mieli do pana Lasyka mnóstwo pretensji. Rozmawiali z nim na środku boiska, wyrażali żal. Ten nic sobie z tego nie robił. Nie wiemy, jak potem zareagował na krytykę ze strony trenera Lecha, a także obserwatora PZPN, który nie miał wątpliwości, że rzut karny na korzyść Lecha bezwzględnie powinien zostać przyznany. Po meczu w budynku klubowym było gorąco, padały ostre słowa, dyskusja trwała długo. Warto obserwować dalszy przebieg kariery pana Piotra Lasyka, sędziego piłkarskiego z Bytomia.

– Nie mam pretensji o złe sędziowanie w całym meczu i o to, że zadecydowało ono o wyniku – mówi dyplomatycznie Wojciech Tomaszewski, trener juniorów Lecha. – Nasi zawodnicy mogli wcześniej strzelić bramkę, ale tego nie zrobili i to oni są sobie winni. W decyzjach sędziego brakowało mi jednak konsekwencji. Skoro gra została przerwana w momencie faulu w polu karnym, nie może być innej decyzji niż rzut karny. Obserwator przyznał nam rację i dziwię się, że sędzia nie przyznał się do błędu. Ta jedna akcja mogła przesądzić o wyniku meczu.