Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Słabiutki Lech znów zawiódł

włącz .

Po bezbramkowym, fatalnie rozegranym meczu przeciwko Lechii Gdańsk można ogłosić, że ligę Lech już przegrał. Ostatnią nadzieją na grę w Lidze Europy jest finał Pucharu Polski. Problem w tym, że trudno liczyć na drużynę, która zapomniała, jak się wygrywa mecze. Piłkarze Lecha są zwyczajnie słabi, nie stanowią zespołu, nie potrafią rozgrywać akcji, nie mają pojęcia o taktyce, ich poczynaniami rządzi przypadek. Z zawodników, którzy wywalczyli rok temu tytuł pozostały nazwiska.

Lechia Gdańsk przed meczem z Lechem świętowała piękny jubileusz: nie wygrała w Poznaniu od dokładnie 50 lat, czyli od kwietnia 1966 roku. Potrafiła zwyciężać na stadionie na Dębcu, a przy Bułgarskiej nigdy jej się to nie udało. Tym razem pojawiły się na to szanse, bo ostatnio gra dobrze, jak chyba nigdy do tej pory, a Lech stanowi cień samego siebie. Zawodnicy są słabi fizycznie i apatyczni, stracili szybkość, nie rozumieją się, nie wychodzą im akcje ofensywne, a przede wszystkim nie zdobywają bramek.

Goście zaczęli mecz w ustawieniu ofensywnym, z trzema tylko obrońcami. Po każdym przejęciu piłki błyskawicznie przemieszczali się pod bramkę Lecha, stwarzali zagrożenie. Byli jednak do pokonania i drużyna mająca elementarne pojęcie o taktyce łatwo by ich skarciła. Na boisku, zwłaszcza na jego bokach robiły się dziury, gdy goście zapędzali się do przodu. Zawodnicy Lecha mogli kontrować, ile dusza zapragnie, gdyby tylko potrafili. Niestety, mieli problemy z celnością podań, z wygrywaniem indywidualnych pojedynków i wszystkie ich akcje szybko paliły na panewce. W ubiegłym sezonie, kiedy tak, jak Lechia, w Poznaniu próbował grać Śląsk Wrocław, wracał do siebie z bagażem trzech-czterech bramek.

Lechowi niewiele wychodziło, ale i tak miał więcej okazji bramkowych niż Lechia. Po uderzeniu Pawłowskiego z dystansu piłka odbiła się tylko od poprzeczki. Wielokrotnie obrońcy z Gdańska ratowali się wybijaniem piłki na rzut rożny. Lech z narożnika boiska podawał raz za razem, ale zagrożenia po tym nie było żadnego. Najczęściej piłkę bez problemów łapał bramkarz Lechii. Lech bramki po stałym fragmencie nie zdobył od niepamiętnych czasów. W pierwszej połowie Lechia miała jedną dobrą okazję bramkową, gdy wykonywała rzut wolny z 30 metrów. Do piłki podszedł Sławomir Peszko i oddał doskonały strzał. Burić obronił z dużym trudem.

Po przerwie Lech miał jeszcze większą przewagę. Lechia też nie rezygnowała ze zwycięstwa, dopóki wystarczyło jej sił próbowała wyprowadzać błyskawiczne ataki, potem skupiła się na utrzymaniu wyniku. Kilka razy Lechowi dopisało szczęście, piłka nie przekroczyła linii bramkowej po akcjach gości. Natomiast Lech trafił wreszcie do bramki, ale sędzia gola nie uznał. Będący na pozycji spalonej Nicki Bille wmieszał się Lovrencsicsowi w paradę i radość z umieszczenia piłki w siatce była przedwczesna. Żaden z piłkarzy Lecha nie grał dobrze. Linetty starał się jak mógł, rozpoczynał rajdy, niestety kończyły się one niecelnym strzałem lub złym rozegraniem. Na smutny stadion przychodzi coraz mniejsza liczba kibiców. Emocje gasną. Właściciel klubu za chwilę nie będzie miał co sprzedawać.

Lech Poznań – Lechia Gdańsk 0:0

Żółte kartki: Volkov, Tetteh – Haraslin

Widzów: 10,7 tys.

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Paulus Arajuuri, Marcin Kamiński, Vladimir Volkov - Abdul Aziz Tetteh, Karol Linetty - Gergo Lovrencsics, Maciej Gajos (85. Kamil Jóźwiak), Szymon Pawłowski (77. Darko Jevtić) - Nicki Bille (66. Dawid Kownacki)

Lechia: Vanja Milinković-Savić - Rafał Janicki, Mario Maloca, Jakub Wawrzyniak (46. Paweł Stolarski) - Sławomir Peszko, Aleksandar Kovacević, Sebastian Mila (62. Adam Buksa), Lukas Haraslin (78. Adam Chrzanowski) - Milos Krasić - Flavio Paixao, Grzegorz Kuświak.