Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Porażka Lecha mimo dobrej gry

włącz .

Zadecydowały proste błędy. Najgorszy popełnił Tetteh zapewniając Legii zwycięstwo. Trzeba jednak przyznać, że nawet bez tego Lech by meczu nie wygrał, bo nie stać go było na strzelenie gola, mimo bardzo dobrej gry i walecznej postawy Bille. Kolejorz zaprezentował się jednak dużo lepiej niż w poprzednim meczu tych drużyn, co pozwala wierzyć, że przed finałem Pucharu Polski na straconej pozycji nie stoi, a i w lidze nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Bardzo ostrożnie zaczęły ten mecz obie drużyny, a zwłaszcza Lech. Ograniczał się do stania murem na swojej połowie i przeszkadzania. Legia grała równie spokojnie, więc spotkanie toczyło się w wolnym tempie. Żadna drużyna nie szarżowała, nie przyspieszała, a w wykonaniu Legii nie widzieliśmy nawet pressingu i pokazu siły fizycznej, dzięki którym wygrała niedawno w Poznaniu. Lech przesadzał z ostrożnością. W kilku momentach wystarczyło trochę zimnej krwi, dwóch szybkich podań, by wyjść na idealną pozycję. Jeżeli nawet podania były, to daleko im brakowało do celności. Szkoda, bo można było ustawić sobie przebieg tego meczu.

Dopiero po ośmiu minutach Lechowi udało się wymienić kilka celnych podań na połowie przeciwnika, wejść w pole karne. Strzału zabrakło, nie dopisało ostatnie podanie. Bojowo nastawiony Bille pokazywał grę agresywną, walczył z obrońcami i nie ustępował im siłą. Rozegrał się też Linetty. Po serii zwodów wpadał w pole karne i na jego granicy został sfaulowany, czego sędzia, krzywdzący w tym meczu obie drużyny, nie dostrzegł. Kilka próbek dobrej gry zademonstrował Jevtić. Brakowało tylko okazji bramkowych, bo Lech nie przyspieszał, nie było też precyzji w podaniach. Najgroźniej było po strzale Bille, z trudom sparowanym przez Malarza. Zawodził Gajos. O ile w środku pola nie popełniał wielkich błędów w rozegraniu, to nie potrafił oddać groźnego strzału.

Legia nie atakowała szaleńczo, nie uzyskała dużej przewagi, ale i tak miała trzy idealne okazje bramkowe. Za każdym razem nie popisał się Prijović nie wykorzystując hojnych prezentów. Najpierw sędzia nie dostrzegł pozycji spalonej zostawiając Szwajcara samego przed Buriciem. Bramkarz Lecha uratował sytuację. Potem pięknym prostopadłym podaniem do napastnika Legii popisał się Arajuuri. Fin zastosował swoje ulubione zagranie – wycofanie piłki do bramkarza. Zrobił to tak, że rywal znów znalazł się sam przed bramkarzem, ale i tym razem się nie popisał. Pod koniec pierwszej połowy Prijović nie wykorzystał świetnego podania Nikolicia.

W drugiej połowie działo się więcej, także za sprawą Lecha. Nie grał już tak ospale, nie markował ataku, ale coraz częściej, po każdym agresywnym przejęciu piłki, zapędzał się pod bramkę Malarza. Tam ciągle pokutowały stare grzechy – kłopoty z sensownym rozegraniem. Groźnie było po znakomitym ale obronionym strzale z silnego kąta Bille, innym razem beznadziejnie słabo uderzył Gajos. Lech poczuł się dużo pewniej, momentami grał wręcz nonszalancko i to się na nim zemściło. Tetteh miał piłkę przed własnym polem karnym, mógł ją wybić lub podać koledze. Wolał wdać się pojedynek. Zanotował stratę, po której piłka trafiła do Prijovicia, a ten za czwartym razem się nie pomylił.

Lech nie rzucił się natychmiast do odrabiania strat, ale grał tak, jak Legia mu pozwalała. Chwilami traciła piłkę w środku boiska lub pod bramką Buricia, a wtedy widzieliśmy próby kontr. Po jednej takiej akcji kolejny pokaz siły i zdecydowania dał Bille. Uwolnił się spod opieki obrońców, wyszedł na dobrą pozycję, oddał mocny strzał lewą nogą trafiając niestety tylko w słupek. W ostatnim kwadransie Lech odzyskał skrzydła. Zeszli z boiska skrzydłowi fałszywi – Jevtić i Gajos – a weszli ci prawdziwi, najpierw Pawłowski, potem Jóźwiak. Niewiele to w grze Kolejorza zmieniło.

Pod koniec Lech coraz częściej zapędzał się pod bramkę Malarza. Teraz to Legia kontrowała i robiła to lepiej niż Lech, tworzyła sobie idealne okazje bramkowe. Albo jednak pudłowała, albo świetnie interweniował Burić wspomagany przez obrońców. Gra się zaostrzyła, piłkarze wychodzący na dobre pozycje byli faulowani, posypały się żółte kartki, głównie dla warszawiaków. Wynik się już nie zmienił, co przesądza, że Lech straci mistrzowski tytuł. Na własne zresztą życzenie, bo zdobycie w tym sezonie kilkunastu punktów więcej, przy profesjonalnym zarządzaniu klubem nie byłoby misją nie do zrealizowania, nawet mimo braków w składzie partacko budowanej drużyny.

Legia Warszawa – Lech Poznań 1:0 (0:0)

Bramka: Prijović (62)

Kartki: Kucharczyk, Borysiuk, Guilherme, Lewczuk - Trałka, Jóźwiak.

Legia: Arkadiusz Malarz - Artur Jędrzejczyk, Igor Lewczuk, Jakub Rzeźniczak, Adam Hlousek - Michał Pazdan (70. Kasper Hamalainen), Ariel Borysiuk - Mihaił Aleksandrow (59. Guilherme), Aleksandar Prijović, Ondrej Duda (51. Michał Kucharczyk) - Nemanja Nikolić.

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Paulus Arajuuri, Marcin Kamiński, Tamas Kadar - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh - Darko Jevtić (72. Szymon Pawłowski), Karol Linetty, Maciej Gajos (82. Kamil Jóźwiak) - Nicki Bille (84. Dawid Kownacki).