Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Po męczarniach w Sosnowcu Lech w finale Pucharu Polski

włącz .

Magiczne podanie Linettego do umiejętnie wychodzącego do piłki Gajosa zapewniło Lechowi awans do finału. Na "dożynkowcu" w Sosnowcu łatwo nie było, Lech zmagał się z pierwszoligowcem i z własną słabością. Jest teraz cieniem drużyny, która rok temu walczyła o mistrzostwo. Rozczarowuje w kolejnych meczach, remis okazał się dla niego ciężko wywalczonym sukcesem. Na Stadionie Narodowym faworytem nie będzie, więc trzeba zrobić wszystko, by uplasować się w pierwszej czwórce ekstraklasy.

W pierwszym kwadransie trudno było zauważyć, która drużyna to mistrz Polski, a która jest beniaminkiem pierwszej ligi. Kolejny raz Lech rozpoczął mecz tak, jakby kompletnie mu się niczego nie chciało. Był apatyczny, zagubiony. To nie było wyrachowanie, zmylenie przeciwnika. Niczym nie można było wytłumaczyć prostych strat piłki, kłopotów z ich przyjmowaniem, bezładnego wybijania w miejsce, gdzie są tylko gracze z Sosnowca. Ci natomiast przeczekali spokojnie kilka minut i ruszyli do szturmu stwarzając kilka bardzo groźnych okazji bramkowych. Unikanie gry przez Lecha szybko mogło zostać ukarane.

Gra się potem wyrównała, ale nie można było powiedzieć, że Lech jest lepszy, przewyższa umiejętnościami rywala. Akcje prowadził ślamazarnie, bez elementu zaskoczenia. Zagłębie wycofało się pod własną bramkę, a Kolejorz swoim zwyczajem podawał sobie piłkę w strefie środkowej. Brakowało ataków skrzydłami, prób szybszego rozegrania. Zagrożenie występowało tylko po rzutach rożnych wybijanych przez Lovrencsicsa. Raz nawet blisko było gola, jednak Nielsenowi nie udawało się trafić do bramki nawet ręką. Ten zawodnik, z meczu na mecz, upodabnia się do Denisa Thomalli. Łatwo odbierali mu piłkę zawodnicy występujący na zapleczu ekstraklasy. Lech wciąż nie ma klasowego napastnika. Jak się okazuje, klub z aspiracjami może funkcjonować i bez ataku, i bez dyrektora sportowego.

Wspierani przez rozkochaną w Legii publiczność gospodarze bardziej chcieli wygrać i mieli na to sposób. Przyczaili się, starając się wyjść z atakami przy każdej okazji. Potrafili zgubić obrońców Lecha, albo na długo zamknąć ich w polu karnym. Gościom natomiast trudno było wymienić choćby kilka celnych podań, potykali się na równej jak stół murawie. Zadziwiał Jevtić. Albo pokazywał techniczną wyższość nad przeciwnikami i groźnie strzelał, albo w beznadziejny sposób dawał się ogrywać, odbierać sobie piłkę. I tak na zmianę. Trener Urban miał wreszcie tego dość i właśnie tego piłkarza zdjął z boiska, by mógł na nie wejść Karol Linetty. Równie dobrze mógł odesłać niewidocznego Gajosa, jednak podjął inną decyzję. I miał rację, bo Gajos zdobył gola po fantastycznym podaniu Linettego, myląc defensorów.

Wydawało się, że awans Lech ma w garści, bo goście potrzebowali  trzech bramek. Ciśnienie rzeczywiście z nich zeszło i Lech mógł ich dobić, gdyby nie zabrakło mu determinacji w ataku. Najgroźniejsi byli Linetty i młody Jóźwiak, który wszedł na boisko za słabiutkiego Bille. Strzelec bramki nadal zawodził, a po jego katastrofalnym podaniu, łatwo przejętym przez rywala, Zagłębie przeprowadziło szybki atak i wyrównało. To je uskrzydliło i niemal do końca Lech musiał się desperacko bronić, nie potrafił przytrzymać piłki w środku pola. Wstyd było na to patrzeć. W polu karnym dwoił się i troił Arajuuri, wybił na aut i na rzut rożny mnóstwo piłek. Na tym polegała w samej końcówce meczu gra mistrza Polski.

Zagłębie Sosnowiec – Lech Poznań 1:1 (0:0)

Bramki: Paluchowski (82), Gajos (70).

Żółte kartki: Udovicić – Tetteh.

Zagłębie: Wojciech Fabisiak - Marcin Sierczyński, Dimitar Vezalov, Krzysztof Markowski, Żarko Udovićić - Łukasz Matusiak, Sebastian Dudek - Dawid Ryndak (41. Robert Bartczak), Michał Fidziukiewicz, Martin Pribula (79. Adrian Paluchowski) - Jakub Arak (79. Jakub Wilk).

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński, Paulus Arajuuri, Tamas Kadar (90. Robert Gumny) - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh - Gergo Lovrencsics, Maciej Gajos, Darko Jevtić (62. Karol Linetty) - Nicki Bille (74. Kamil Jóźwiak),