Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Minimalizm Lecha. Awans do finału pod dużym znakiem zapytania

włącz .

W przeddzień meczu piłkarze Lecha solennie obiecywali grę z Zagłębiem Sosnowiec na całego. Zapewniali, że nie będą pamiętać o sobotnim ligowym klasyku. Mieli już po pierwszym meczu być pewnymi awansu. Zrobili jednak wszystko, by awans rozstrzygnął się dopiero w rewanżu, w którym faworyta nie będzie i finał na Stadionie Narodowym może Lechowi przejść koło nosa. Na dodatek traci kolejnych piłkarzy. Sytuacja kadrowa staje się dramatyczna.

Przed meczem rozchorował się Gergo Lovrencsics, który akurat wracał do dobrej formy, coraz więcej dawał drużynie. Jan Urban dał odpocząć Kadarowi i Arajuuri’emu, ale nie miał kim zastąpić tych nielicznych zawodników ofensywnych, którzy mu jeszcze zostali. Zagłębie wyszło na pierwszą połowę ciężko przestraszone, nie kwapiło się do przekraczania środkowej linii boiska. Lech miał więc miażdżącą przewagę w posiadaniu piłki, ale nie robił z tego użytku. Wyglądało na to, że sobie odpuścił ten mecz, a jedynym jego celem jest zachować siły na sobotę.

Aż się prosiło, by skorzystać z biernej postawy pierwszoligowca, wyprowadzić kilka akcji, zagrozić jego bramce. Zamiast tego Lech spokojnie rozgrywał wszerz, tracąc często piłkę. Beznadziejnie spisywał się internacjonał Sisi, nic nie lepszy od graczy z dalekiego Sosnowca. Błędy popełniał Dudka, a Ceesay śrubował swoje najlepsze „osiągnięcia” w liczbie podań do przeciwników. Kownacki przyjmował piłkę gorzej od zawodników pierwszoligowych, zagubiony i ślamazarny był Gajos. Do poziomu „widowiska” dostroił się sędzia Przybył odgwizdując urojone faule Lecha, gdy po każdym starciu o piłkę zawodnicy Zagłębia padali na to, co zostało z trawy.

A jednak udało się strzelić bramkę. Rzut rożny wykonywał Jevtić. Rywale odbili piłkę, więc przejął ją i jeszcze raz wrzucił pod bramkę. Doszedł do niej Volkov i strzelił bramkę. Wyglądało to efektownie, ale nie wiadomo, czy zagranie Czarnogórca było zamierzone. Teraz wystarczyło szybko dołożyć drugiego gola i z dużym spokojem czekać na końcowy gwizdek, a potem na rewanż. Nie dość, że Lech nadal markował grę, to inaczej w drugiej połowie spisywali się goście. Wiedzieli już, że mistrz Polski nie przedstawia żadnej siły. Zaatakowali frontalnie i niewiele im brakowało do wyrównania. Lech za swoje kunktatorstwo mógł zapłacić wysoką cenę. Nie był w stanie nawet wyprowadzić skutecznych kontr, choć w niezłych sytuacjach znaleźli się rezerwowy Bille i Jevtić. Krótko przed końcem spotkania skokowy skręcił Trałka. Nie wiadomo, czy do soboty się wyleczy.

Lech Poznań – Zagłębie Sosnowiec 1:0 (1:0)

Bramka: Volkov (38)

Żółta kartka: Vezalov

Lech: Jasmin Burić - Kebba Ceesay, Marcin Kamiński, Maciej Wilusz, Vladimir Volkov - Łukasz Trałka (81. Tamas Kadar), Dariusz Dudka - Maciej Gajos, Darko Jevtić, Sisi (66. Kamil Jóźwiak) - Dawid Kownacki (71. Nicki Bille).

Zagłębie: Wojciech Fabisiak - Grzegorz Fonfara, Krzysztof Markowski, Dimitar Vezalov, Żarko Udovicić - Michał Bajdur (76. Jakub Wilk), Łukasz Matusiak, Sebastian Dudek (25. Carles Marc Martinez Embuena), Martin Pribula (60. Jakub Arak) - Robert Bartczak - Michał Fidziukiewicz.