Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Co za wstyd! Co za kompromitacja!

włącz .

Miało być ściganie ligowej czołówki. Była sromotna porażka z ostatnią drużyną w tabeli. Podbeskidzie poczekało na przyjazd mistrza Polski, by wygrać pierwszy w sezonie mecz na swoim stadionie. Nie dość, że go pokonało, to dokonało pogromu. O wyniku zadecydowała fatalna postawa Lecha w pierwszej połowie, gdy nie podjął walki, nie oddawał strzałów, nieskuteczność w drugiej, katastrofalna gra całej drużyny w defensywie. Drużyna jest tak słaba, że jedyną jej szansą na pokazanie się w Europie jest zdobycie Pucharu Polski,

Aż pięciu zawodników wymienił w tym meczu trener Urban i nie były to korzystne dla Lecha modyfikacje. Jevtić i Gajos zastąpili tych, bez których gra Kolejorza zawsze wygląda gorzej: Linettego i Trałki. Dał też odpocząć Kamińskiemu, a zastępujący go Wilusz, trzeba to z żalem przyznać, wcale nie okazał się wzmocnieniem defensywy. Niezależnie od wszystkich tych zmian Lech fatalnie wszedł w ten mecz jako zespół. Grał bez agresji, bez zaangażowania, oddał pole rywalowi. Nie było pressingu, było wyczekiwanie… właściwie nie wiadomo na co. Była to niemoc tak wyraźna, że aż podejrzana.

Obie drużyny nie atakowały, przyczaiły się, oczekiwały okazji do wyprowadzenia kontry. Podbeskidziu trudno się dziwić, ale dlaczego tak zagrał Lech? To tajemnica Jana Urbana. Kiedy udało się przejąć piłkę i zaatakować, każdą taką próbę kończyło niecelne podanie. W tej nieudolności "brylowali" Kędziora, Arajuuri, Gajos. Zupełnie inaczej w takiej sytuacji postępowali gospodarze. Przejawiali agresję, pędzili do przodu. Lech szybko stracił bramkę, która była „zasługą” Arajuuriego. Fin miał piłkę na własnej połowie, mógł z nią zrobić wszystko – podać do najbliższego kolegi, wykopnąć na uwolnienie, swoim zwyczajem wycofać do bramkarza. Wykazał niezdecydowanie, wyjechał z nią na aut, a Podbeskidzie błyskawicznie zaatakowało. Wilusz zbyt krótko wybił piłkę, trafiła ona do Demjana, który pokonał Buricia.

Drużna, której zależy na wyniku, próbuje szybko odrobić stratę. Lech natomiast gry nie zmienił ani na jotę. W dodatku stracił napastnika – Bille odniósł kontuzję mięśniową. Wydaje się, że poszedł w ślady Marcina Robaka i czeka go dłuższa kuracja. Zastąpił go Kownacki, który znów został jedynym napastnikiem w klubie. Niebawem popisał się udanym podaniem wyprowadzając na dobrą pozycję Jevticia, ten jednak musiał strzelać prawą nogą. Skutek był opłakany, ale i tak to była najgroźniejsza akcja gości w tej połowie. Szwajcar zmarnował wiele z nich, przydarzały mu się – wstyd to przyznać – błędy technicznie. Lech w ataku w pierwszej połowie nie istniał. Dużo bardziej zdecydowane Podbeskidzie miało kolejne okazje, Lecha musiał ratować Burić.

Drugą połowę Lech zaczął inaczej – zdecydowanym atakiem. Akcje nie były ani płynne, ani groźne, ale i tak Podbeskidzie zostało zepchnięte do defensywy, momentami rozpaczliwej. Rozegrał się wreszcie Pawłowski, jego rajdy siały popłoch w drużynie Podbeskidzia. Szkoda tylko, że rzadko strzelał, podobnie zresztą jak cała drużyna. Lechowi wreszcie udało się rozjechać obronę przeciwnika. Jevtić magicznie zagrał na skrzydło do Kadara, ten idealnie obsłużył Kownackiego i mieliśmy remis. Wydawało się, że jeżeli Lech nie zwolni, dalsze bramki to kwestia czasu. Nic z tego, popełnił taki sam błąd, co przed tygodniem – błyskawicznie stracił bramkę. Zadecydowała o tym fatalna gra w obronie. Piłka została wybita na rzut rożny, po którym Gajos nie pofatygował się z przeszkodzeniem Sokołowskiemu, piłka ponad głową Kędziory wpadła do bramki.

Wtedy jeszcze nic nie było stracone, rozpędzony Lech mógł błyskawicznie wyrównać za sprawą Kownackiego. Sokołowski wybił piłkę z bramki stając się bohaterem Podbeskidzia. Ataki Lecha stały się coraz bardziej nerwowe i traciły na sile, raz po raz powtarzały się głupie straty i bezmyślne podania do nikogo. Trener Urban zdjął z boiska Jevticia w momencie, gdy ten wreszcie się rozegrał, wprowadził Kamińskiego, który po kilku minutach miał doskonałą okazję bramkową. Lech grał trzema środkowymi obrońcami atakując bez głowy, co się szybko zemściło. Przyczajeni gospodarze kontrowali, dwukrotnie wykorzystali błędy w defensywie i złą postawę Buricia. W ten sposób Lech został zdemolowany, a byłoby jeszcze gorzej, gdyby sędziowie uznali piątego gola Podbeskidzia. Miejscowi kibice oszaleli ze szczęścia, a trenerzy i piłkarze Lecha mogli powiedzieć: Cóż za piękna katastrofa!

Podbeskidzie – Lech 4:1 (1:0)

Bramki: Demjan (18), Sokołowski (64), Szczepaniak (79), Kowalski (87) - Kownacki (62)

Żółte kartki: Mójta – Arajuuri, Jevtić, Pawłowski

Podbeskidzie: Emilijus Zubas - Marek Sokołowski, Jozef Piacek, Paweł Baranowski, Adam Mójta - Jakub Kowalski (89. Oleg Veretilo), Adam Deja, Mateusz Możdżeń, Mateusz Szczepaniak (85. Paweł Tarnowski), Damian Chmiel - Robert Demjan (79. Samuel Stefanik).

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Paulus Arajuuri, Maciej Wilusz, Tamas Kadar - Abdul Aziz Tetteh, Maciej Gajos - Sisi, Darko Jevtić (68. Marcin Kamiński) , Szymon Pawłowski - Nicki Bille (25. Dawid Kownacki).