Kolejorz idzie jak burza. Jeszcze jedno zwycięstwo

włącz .

Fantastyczna seria drużyny Jana Urbana trwa. W błyskawicznym tempie nadrabia stracony dystans, w pogoni za ligową czołówką połyka kolejne drużyny. W ośmiu spotkaniach pod wodzą nowego trenera tylko dwukrotnie zremisowała, sześciokrotnie wygrała, w tym pięciokrotnie pod rząd, nabiera pewności siebie i swobody w grze. W Kielcach Lech nie stracił gola w czwartym kolejnym spotkaniu, ale zdobył tylko jedną do ostatnich chwil trzymając swych fanów w wielkiej niepewności.

Faworytem tego meczu, i to zdecydowanym, był Lech. Korona od dawna u siebie nie wygrała, a mistrz Polski nareszcie gra tak, jak się od niego oczekuje. W pierwszej połowie rzeczywiście ujawniła się techniczna przewaga gości, którzy grali dojrzale, z rozmachem, swobodnie, niczym w najlepszych czasach. Korona wcale im jednak nie ustępowała, wykazywała ogromną determinację i ambicję, więc spotkanie było żywe, zacięte, z dużą liczbą dobrych okazji bramkowych dla obu stron, strzałów i interwencji bramkarzy.

Bohaterem pierwszej połowy był jubilat Hamalainen. Swój setny mecz w barwach Kolejorza uczcił zdobyciem jedynej bramki. Stało się to dzięki dzięki bardzo dobrej współpracy z Douglasem. Po otrzymaniu podania od Szkota Kasper oddał precyzyjny strzał z ostrego kąta i Lech wyszedł na prowadzenie. Nie można powiedzieć, że było ono w pełni zasłużone. Co prawda Lech łatwo zdobywał teren, płynnie przechodził do ataku, ale Korona też potrafiła stworzyć zagrożenie po bramką Buricia. Miała pecha, bo po kilku przypadkowych odbiciach piłki, gdy powstało w polu karnym gości duże zamieszanie, bramkarzowi Kolejorza z pomocą przyszedł słupek.

To nie była jedyna okazja Korony. Piłka obiła potem poprzeczkę po interwencji Buricia. Bośniak nie był bezrobotny, musiał się napracować, by jego drużyna zachowała czyste konto. Także bramkarz gospodarzy kilkakrotnie ratował swą ekipę, gdy celne strzały głową oddawali Kamiński i Hamalainen. Druga połowa była gorsza od pierwszej, tempo meczu siadło, jakby obie drużyny włożyły zbyt wiele sił w pierwsze 45 minut. Korona była równie zmotywowana, jak wcześniej, ale brakowało jej piłkarskich umiejętności, by zdobyć gola. Po jej akcjach w polu karnym Lecha powstawał chaos, a wtedy wszystko może się zdarzyć, więc było oczywiste, że trzeba zdobyć drugą bramkę, by w pełni panować nad sytuacją. Okazji nie brakowało, najlepsze przepadły Jevticiowi i Pawłowskiemu, a szczególnie Kownackiemu, który przypadkowo znalazłszy się w sytuacji sam na sam przecenił swe umiejętności techniczne.

Grząskie boisko utrudniało piłkarzom Lecha przeprowadzanie kontrataków, mimo tego powinni wykorzystać przynajmniej jeden z nich. Za każdym razem następowało złe podanie lub prosta strata i szansa przepadała, a Korona mogła inicjować kolejny atak, swoim zwyczajem wrzucać piłkę w pole karne gości. Rozgrywanie akcji w środku pola skutecznie gospodarzom utrudniał Tetteh, najlepszy piłkarz na boisku. Był nie do przejścia, wspaniałymi zwodami uwalniał się od przeciwników lub prowokował ich do fauli. Ostatnie minuty były nerwowe, bo Korona ambitnie szturmowała bramkę Lecha. Jeszcze w ostatnich sekundach meczu Kolejorz miał idealną szansę bramkową, gdy po błyskawicznej kontrze Pawłowski podał Formelli, ten zamiast odegrać do Linettego oddał niecelny strzał marnują wysiłek kolegów. Lechowi brakuje prawych obrońców, więc skrzydłowy Lecha powinien się przekwalifikować, być może da wówczas drużynie więcej.

Korona Kielce –Lech Poznań 0:1 (0:1)

Bramka: Hamalainen (33)

Kartki: Michał Przybyła, Barry Douglas

Korona: Dariusz Trela - Vlatislavs Gabovs, Krzysztof Kiercz, Radek Dejmek, Kamil Sylwestrzak - Bartłomiej Pawłowski (76. Tomasz Zając), Vlastimir Jovanović, Nabil Aankour (55. Airam Cabrera), Aleksandrs Fertovs, Łukasz Sierpina (71. Marcin Cebula) - Michał Przybyła.

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński, Tamas Kadar, Barry Douglas - Łukasz Trałka, Abdul Aziz Tetteh - Darko Jevtić (74. Karol Linetty), Maciej Gajos (85. Dariusz Formella), Szymon Pawłowski - Kasper Hämäläinen (65. Dawid Kownacki).