Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Rozpędzony Kolejorz rozjechał Wisłę

włącz .

Rezultaty osiągane przez Lecha od czasu przyjścia do klubu Jana Urbana budzą uznanie. Zespół tylko dwukrotnie zremisował, pięciokrotnie wygrał. Zwycięstwo nad Wisłą było czwartym z rzędu, a takiej serii Kolejorz nie miał od lat. W trzecim kolejnym spotkaniu nie stracił bramki. Wisła Kraków nie miała w Poznaniu szans grając niemal godzinę w osłabieniu. Gdyby Lech bardziej przyłożył się do zdobywania bramek, pokonałby odwiecznego rywala w stosunku rekordowym.

Od samego początku było to zupełnie inne spotkanie od poprzednich, rozgrywanych głównie na wyjazdach, gdzie Lech starał się przede wszystkim nie stracić bramki. Teraz zagrał odważnie, szybko, swobodnie. Bardzo ładne, koronkowe wręcz akcje przeprowadzali Jevtić, Linetty, Kownacki, Pawłowski. Kończyły się one niestety tuż przed oddaniem strzału, gdy zawodziło ostatnie podanie albo Wisłę ratował w ostatniej chwili któryś z obrońców.

Krakowska drużyna zaczęła ten mecz fatalnie. Już po 5 minutach straciła napastnika – Paweł Brożek opuścił boisko kulejąc. Kwadrans później straciła bramkę i kolejnego piłkarza, którego na dodatek nie mogła zastąpić. W środku boiska Lechowi udało się odebrać piłkę rywalowi, na bramkę popędził z nią Linetty, a kiedy zabierał się do oddania strzału lub przekazania jej nadbiegającemu koledze, został powalony przez Sadloka. Obrońca Wisły zobaczył czerwoną kartkę, „jedenastkę” pewnie wykonał najmłodszy na boisku Kownacki (na zdjęciu).

Teraz wystarczyło dobić przeciwnika, który szukał szans tylko w kontratakach albo stałych fragmentach gry, bo na nic innego nie było go stać. Lech osiągnął przewagę, ale nie wykazywał wielkiej determinacji w atakowaniu bramki przeciwnika. Kilkakrotnie groźnie strzelał bardzo zmotywowany Dudka. Ten defensywny pomocnik koniecznie chciał zdobyć gola, zaniedbywał jednak obowiązki w środku pola popełniając głupie błędy. Piłkarze Wisły mogli liczyć na jego raz po raz powtarzane kiksy, ale nie potrafili zamienić ich na bramki.

Im dłużej trwała druga połowa, tym bardziej niepokoili się kibice Lecha, bo głupio stracona bramka mogła przerwać pościg za ligową czołówką. Trzeba było zdobyć drugą bramkę, by „zabić” mecz, odebrać Wiśle motywację. Okazji ku temu było mnóstwo. Grający tym razem na prawym skrzydle Jevtić sam zmarnował kilka, a największa nagana należała mu się po fatalnym zachowaniu podczas kontrataku, gdy prowadząc piłkę mógł podać któremuś z wychodzących na dobre pozycje kolegów, wolał jednak wdać się w przegrany pojedynek z ostatnim obrońcą.

Takich kontr było więcej, w poprzeczkę trafił piłką Pawłowski. Gola zdobyć udało się dopiero w samej końcówce meczu, gdy Lech kolejny raz wymanewrował drugą linię Wisły, również obrońcy zostali za plecami Formelli. Skrzydłowy Lecha zdecydował się na mocne uderzenie, ale tylko on wie, czy to miał być strzał. Gola nie zdobył, piłka trafiła jeszcze do Pawłowskiego, a ten umieścił ją w pustej bramce. Było jeszcze kilka niezłych okazji bramkowych, niewykorzystanych z powodu braku koncentracji lub dobrej postawy Cierzniaka w bramce Wisły. Goście w tym meczu oddali tylko dwa niecelne strzały, ale i tak odnieśli sukces – stracili tylko dwie bramki, choć powinno być ich dużo więcej.