Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Fiorentina wzięła rewanż choć Lech tanio skóry jej nie sprzedał

włącz .

Nic dwa razy się nie zdarza. Wielkie szczęście, jakie dopisało Lechowi we Florencji tym razem nie pomogło i nowy trener Jan Urban zanotował pierwszą porażkę. Całkiem zresztą zasłużoną, bo wyższość lidera włoskiej ligi nie podlegała dyskusji. Piłkarze Kolejorza dzielnie walczyli, ale to za mało, by przeciwstawić się drużynie, w której każdy piłkarz potrafi grać o wiele lepiej.

Lech rozpoczął pierwszą połowę, ale piłkę posiadał tylko przez chwilę. Szybko ją stracił i nie powąchał jej przez dobre 10 minut. Gospodarze biegali między graczami włoskiej drużyny, nie potrafili jednak dojść do głosu. To było istne oblężenie bramki Buricia, choć pozycyjna gra Fiorentiny nie przynosiła rezultatów. Lechowi udało się potem kilka razy przejść do przodu, jednak brakowało dobrego rozegrania, celnych podań. Tylko Szymon Pawłowski dorównywał przeciwnikom techniką, pozostali wyraźnie odstawali. Co gorsze, porywali się motyką na słońce próbując wchodzić w dryblingi. Mnożyły się niecelne podania, gdy włoska drużyna prawie wcale się nie myliła, pokazywała precyzję i szybkość.

Z czasem okazało się, że z wielkiej przewagi Fiorentiny niewiele wynika. Burić nie musiał desperacko bronić, za to Lech kilka razy stworzył zagrożenie po włoską bramką, przy odrobinie szczęścia piłka mogła minąć słupek z właściwej strony. Kolejorz wykonywał rzut wolny z dobrej pozycji. Niestety, Barry Douglas, jedyny specjalista w tej dziedzinie siedział na ławce rezerwowych. Łukasz Trałka uderzył w mur, dobitka Kamińskiego nie była groźna. Kiedy wydawało się, że Lech przetrwa bez straty pierwszą połowę, przed polem karnym faul popełnił Dudka, a Ilicić strzelił pięknego gola z rzutu wolnego. Na tym polegała różnica między jedną a drugą drużyną.

Turecki sędzia nie musiał w tej sytuacji przerywać gry, zrobił to jednak, bo jak się okazało, dyktowanie urojonych fauli jest jego specjalnością. Doprowadzał do rozpaczy piłkarzy Lecha, którzy nie mając wielu walorów piłkarskich starali się dorównać rywalowi twardą, fizyczną grą. Fauli nie popełniali, ale wystarczyło, by przeciwnik upadł na murawę, by rozlegał się gwizdek. W drugiej połowie gościom grało się już łatwo, więc śrubowali przewagę w posiadaniu piłki, zadziwiali swobodą w rozgrywaniu akcji, nie ustępowali Lechowi walecznością. Na polskich boiskach rzadko ogląda się tak dobrze radzące sobie drużyny i tak wiele potrafiących piłkarzy.

Końcówka spotkania to już gra z Lechem w dziada. Gościom udało się wreszcie zgubić obronę, Ilicić znalazł się sam przed Buriciem i nie dał mu szans. Lech przegrał z drużyną bezdyskusyjnie lepszą, wstydu jednak nie narobił, walczył tak, jak potrafił. Ma jeszcze teoretyczne szanse na wyjście z grupy, jednak trudno w to wierzyć wiedząc, jaką klasę prezentują rywale.

Lech – Fiorentina 0:2

Bramki: Ilicić (42. i 83.)

Żółte kartki: Linetty - Bernardeschi

Widzów: 22,3 tysiąca

Lech: Jasmin Burić - Tomasz Kędziora, Maciej Kamiński, Dariusz Dudka, Tamas Kadar - Abdul Aziz Tetteh (72. Denis Thomalla), Łukasz Trałka - Dariusz Formella (60. Gergo Lovrencsics), Karol Linetty, Szymon Pawłowski - Kasper Hamalainen (77. Maciej Gajos).

Fiorentina: Luigi Sepe – Nenad Tomović, Gonzalo Rodriguez, Davide Astori, Federico Bernardeschi – Matias Vecino, Mario Suarez (79. Milan Badelj) – Jakub Błaszczykowski (72. Marcos Alonso), Matias Fernandez, Josip Ilicic – Giuseppe Rossi (63. Nikola Kalinić).