Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Słabość Lecha trwa

włącz .

Grająca na luzie, nie angażująca się za bardzo w walkę Bazylea bez problemu pokonała Lecha. Było jej tym łatwiej, że z boiska na początku drugiej połowy, jeszcze przy rezultacie bezbramkowym, wyleciał Linetty. Ulgowo traktowany Lech miał okazję utrzymywać się przy piłce, rozgrywać ją. Tej drużyny nie stać jednak na stworzenie groźnej akcji, zupełnie nie oddaje strzałów. Mecz toczył się w tempie ospałym, ale i tak zbyt szybkim dla markujących grę, pozwalających się ośmieszać poznańskich obrońców.

Bez Szymona Pawłowskiego zagrał Lech w Bazylei, bo dla klubu rozgrywki ligowe są istotniejsze niż pokazanie się w Europie, a będący bez formy Hamalainen pokazał się dopiero po przerwie. Obaj w ubiegłym sezonie byli najlepszymi ofensywnymi piłkarzami Lecha. Na bokach obrony znów zagrali Ceesay i Kadar. Partnerem Linettego trener wybrał Tetteha, a siłę ofensywną stanowili Kownacki i Jevtić. Na bocznej pomocy zagrali Gajos i jedyny typowy skrzydłowy – Formella. Zamiast Buricia zagrał Gostomski.

W pierwszych minutach, wbrew obawom, nie było widać, że Lech jest w dużym kryzysie. Zagrał lepiej niż w meczach ligowych, może dlatego, że Bazylea nie murowała bramki, nie zmuszała go do bicia głową w mur, wykazywania braku kreatywności. Tylko momentami Kolejorz zachowywał się bojaźliwie, wycofywał piłkę z ataku do bramkarza, bo przeciwnik trochę mocniej nacisnął. Brak pewności siebie dawał jednak znać o sobie, przejawiał się w prostych błędach, które niestety zdarzały się też obrońcom i Gostomskiemu, w bezmyślnych podaniach do nikogo.

Ani przez chwilę nie było wątpliwości, że Bazylea jest drużyną dużo lepszą, solidnie zorganizowaną, ale w pierwszej połowie Lech wstydu nie przynosił. Stać go było na kilka ciekawych akcji ofensywnych, sprytne przechwyty piłki, ładne jej rozegranie. Szkoda tylko, że zawsze czegoś brakowało, a najczęściej spokoju i pewności. Swoim rodakom dobrze pokazał się Jevtić. Przeprowadził rajd wzdłuż linii końcowej mijając kilku obrońców i kierując piłkę pod bramkę. Nie było tam żadnego z napastników, bo takich w klubie brakuje, ale mogła paść bramka po przypadkowej interwencji któregoś ze Szwajcarów. Ambitnie, ale zbyt chaotycznie grał Formella, przeceniający swoje umiejętności techniczne. Słabo natomiast spisywał się zagubiony, niepewny w przyjmowaniu i odgrywaniu piłki Kownacki. Gajos nawet nie próbował użyć broni, która czyni go groźnym – strzałów z dystansu.

Nie grając najgorzej, jak na swoją formę, w polu Lech był totalnie bezradny w ataku. Trzeba to powtórzyć kolejny raz – dla ludzi odpowiedzialnych w klubie za budowę drużyny brak napastnika to powód do wielkiego wstydu, to przejaw działalności na niekorzyść swojej firmy. Drużyna pozbawiona siły ofensywnej może się bronić, trzymać piłkę w środku pola, ale o wygrywaniu spotkań nie ma co marzyć. Pod koniec pierwszej połowy Bazylea pokazała, jak powinno się atakować. Kilka razy była bliska rozjechania defensywy Kolejorza i wjechania z piłką do bramki. Gostomskiemu dopisało szczęście.

Słabiutki Kownacki nie wrócił na boisko po przerwie. Zastąpił go Hamalainen i wykazywał tym razem ochotę do gry, kilka razy ładnie pokazał się na pozycji najbardziej ofensywnego gracza. Napawało to optymizmem, ale tylko do momentu fatalnego zachowania Linettego. Mając już żółtą kartkę zaatakował bezpardonowo przeciwnika dając sędziemu powód do wyrzucenia go z boiska. Jedynym, niestety niespełnionym marzeniem Lecha stało się nie stracić bramki, choć gdyby Hamalainen nie spalił akcji, zdobyłby gola. Po chwili zszedł z boiska ofensywny Jevtić zastąpiony przez defensywnego Trałkę, a minutę później Samuel wykonał podanie do Bjarnasona, Islandczyk bez problemu, przy biernej postawie Kamińskiego, przyjął piłkę i skierował ją do bramki. Dobry bramkarz obroniłby ten strzał. W ten sposób marzenia o wywiezieniu z Bazylei dobrego wyniku prysły.

Mecz zrobił się senny, bo Bazylea była przekonana, że zwycięstwo ma w kieszeni, a osłabionego Lecha nie było stać na stworzenie groźnej akcji. Miarą stanu, w jakim znajduje się drużyna, była niepewna interwencja Gostomskiego. Broniąc się przed rzutem rożnym wybił piłkę, po czym… zostawił ją Szwajcarowi! Lovrencsics, który wszedł na boisko jako ostatni dowiódł, jak bardzo jest odległy od normalnej formy. Teoretycznie na boisku było teraz dwóch skrzydłowych i można było pomyśleć o kontrze. Nic z tego. Formella z dużym uporem wdawał się w nieudane dryblingi, a Lovrencsics nie bardzo wiedział, jakie jest jego miejsce na boisku.

Kiedy była okazja wyprowadzić szybki atak i zaskoczyć Szwajcarów, piłka konsekwentnie była kierowana do tyłu. Dopiero  trzy minuty przed końcem statystycy zaliczyli Lechowi pierwszy celny strzał: Arajuuri odbił głową piłkę w kierunku bramkarza. W odpowiedzi Bazylea kolejny raz rozklepała obronę Lecha i znów bardzo łatwo zdobyła gola. Osłabienie personalne nie jest żadnym wytłumaczeniem, gdy obrona pozwala się ośmieszać. Przełamania nie było. Kryzys trwa. Nic nie wskazuje, by ktokolwiek w klubie miał wpływ na postawę drużyny.

FC Basel – Lech Poznań 2:0 (0:0)

Bramki: Bjarnason 55, Embolo 89.

FC Basel: Tomas Vaclik - Taulant Xhaka, Marek Suchy, Walter Samuel, Michael Lang - Mohamed Elneny, Birkir Bjarnason - Breel Embolo, Luca Zuffi, Davide Calla (79. Shkelzen Gashi) - Marc Janko.

Lech: Maciej Gostomski - Kebba Ceesay, Paulus Arajuuri, Marcin Kamiński, Tamas Kadar - Abdul Aziz Tetteh, Karol Linetty - Dariusz Formella, Darko Jevtić (53. Łukasz Trałka), Maciej Gajos (68. Gergo Lovrencsics) - Dawid Kownacki (46. Kasper Hamalainen).