Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Mistrz Węgier na drodze mistrza Polski

włącz .

Videoton Szekesfehervar jest przeciwnikiem Lecha Poznań w ostatniej rundzie kwalifikacyjnej do fazy grupowej Ligi Europy. Pierwsze spotkanie odbędzie się 20 sierpnia w Poznaniu, prawdopodobnie na pustym stadionie. Jeżeli UEFA nie złagodzi drakońskiej kary, sankcje spadną nie tylko na fanów Lecha, ale i Bogu ducha winnych kibiców z Węgier, którzy chcieliby się wybrać na mecz swej drużyny do Poznania.

Nie jest źle. Można było wylosować trudniejszego rywala, takiego jak Hajduk Split, albo jechać na mecz do Kazachstanu. Do Szekesfehervar, czyli pierwszej stolicy Węgier, miasta położonego 50 kilometrów do Budapesztu, w pobliżu Balatonu, jest z Poznania mniej niż tysiąc kilometrów, co kibice Kolejorza z pewnością wykorzystają. Videoton to aktualny mistrz, w ostatnich latach zawsze plasował się w ścisłej czołówce, klub prawdopodobnie najbogatszy w swoim kraju. W tym sezonie jest słabszy, stracił bowiem dwóch czołowych piłkarzy, w tym czołowego strzelca, zdobywcy 20 bramek, reprezentanta Węgier, choć Serba z pochodzenia – Nemanję Nikolicia. Lech go intensywnie i długo obserwował, aż trafił do Legii, gdzie strzela gola za golem.

– Jeszcze przed losowaniem wiedzieliśmy, że niezależnie od tego, na kogo trafimy, mamy jeden cel – awans do fazy grupowej. Trudno ocenić, kto jest faworytem, spotkają się mistrzowie swych krajów. Martwi nas tylko to, że zagramy przy pustym stadionie tracąc atut, czyli wsparcie „dwunastego zawodnika”. Znamy ten zespół bardzo dobrze. Mamy w składzie Węgrów, dla których wyjazd do kraju i możliwość pokazania się tam to gratka, więc o motywację nie trzeba się martwić. Ten fakt daje nam lekką przewagę – ocenia Piotr Rutkowski, wiceprezes Lecha. Twierdzi, że w Videotonie płacą piłkarzom podobnie jak w Lechu, porównywalny jest też poziom tego zespołu.

Zdaniem skautów Lecha, stale monitorujących ligę węgierską, jest ona słabsza niż polska, choć stoi na niezłym poziomie. Na mecze topowe, np. Ferencvarosu z Videotonem przychodzi po kilkanaście tysięcy fanów, na pozostałych jest ich zaledwie po kilka tysięcy. Mają tam dużo gorsze stadiony niż w Polsce, tylko Ferencvaros korzysta z nowego, niedawno oddanego do użytku. Trzy-cztery kluby prezentują wyższy poziom niż pozostałe. Ich właścicielami są zwykle spółki z zagranicznym kapitałem, dlatego zatrudniają nie tylko Węgrów, ale i graczy o znanych nazwiskach.

O różnicy poziomu między polską i węgierską ligą świadczy fakt, że czołowe kluby naszej ekstraklasy zatrudniają piłkarzy sprowadzonych stamtąd, a nie ma ruchu w przeciwnym kierunku. Lech sprowadził z Węgier Rudniewa, Lovrencsicsa (nie pałającego miłością do Videotonu, więc czekającego niecierpliwie na mecze), Kadara, Holmana. Czołowym strzelcem Legii jest Nikolić, w Wiśle na obronie gra Guzmics. Są to czołowi węgierscy gracze, reprezentanci swego kraju.

Trenerem Videotonu jest Bernard Casoni, niegdyś piłkarz Olympique Marsylia w czasach świetności tego klubu. Być może pamięta jeszcze swój występ w Poznaniu, gdy mecz zakończył się sensacyjnym zwycięstwem Lecha 3:2. Stadion wygląda jednak zupełnie inaczej niż wówczas. Być może w Videotonie pamiętają Jarosława Araszkiewicza, czyli piłkarza… Legii. W 1985 roku odbywał tam służbę wojskową i załatwił klubowi awans w Pucharze UEFA. W 88 minucie meczu w Szekesfehervar przyjął piłkę na własnej połowie, przeprowadził błyskawiczny, genialny rajd zakończony zdobyciem zwycięskiej bramki. W rewanżu było 1:1.