Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Walka do końca przyniosła zwycięstwo

włącz .

Po pierwszej połowie wydawało się, że Lech nie będzie miał żadnych problemów z pokonaniem słabiutkiej Lechii Gdańsk. Po przerwie goście zagrali dużo lepiej, a przede wszystkim aktywniej, a Lech kunktatorsko. Niewiele brakowało, by kosztowało go to stratę punktów. Zryw w samej końcówce i wspaniała akcja, z wieloma podaniami, po których obrona Lechii została rozklepana, dała zwycięską bramkę.

Lechia zaprezentowała się słabiej niż pod koniec ubiegłego sezonu, a Lech nie robił wszystkiego, by odnieść zwycięstwo. W pierwszej połowie goście nie oddani celnego strzału, kierowali piłki poza boisko, nie potrafili stworzyć żadnego zagrożenia. Widać było, że potrzebują czasu na zgranie, na swobodniejszą grę. Lech też nie błyszczał. W jego szeregach imponował jedynie kapitan Trałka, nie do przejścia dla piłkarzy Lechii. Kolejorz wyszedł na prowadzenie wykorzystując prezent. Bramkarz fatalnie wybił piłkę, nastąpił przechwyt, błyskawiczna akcja. Hamalainen nie bawił się w rozegranie piłki ale oddał silny strzał, piłka uderzyła w słupek i wpadła do bramki.

Na więcej Lecha nie było w tej połowie stać, zresztą nie bardzo się starał, by szybko zapewnić sobie zwycięstwo strzeleniem drugiego gola. Na bardzo słabym poziomie grali piłkarze stanowiący zwykle o sile Lecha – gubiący piłkę Pawłowski, a zwłaszcza kompletnie zagubiony Jevtić. Po przerwie Lech grał jeszcze bardziej zachowawczo, co się zemściło. Lechia, która dążyła do wyrównania i angażowała w to więcej niż dotychczas siły, wykonywała rzut rożny. Tomasz Kadar stał jak wmurowany, gdy Janicki metr od niego wybił się w powietrze i zdobył łatwą bramkę. To kolejna kompromitacja obrońców Lecha przy stałym fragmencie gry. Trener nie widzi sposobu, by taką postawę wyplenić.

Niewielu kibiców przyszło na ten mecz. I trudno się dziwić, bo nie dość, że bilety są drogie, to Lech nie angażuje się w walkę w lidze, wyraźnie oszczędza się na grę w Europie. Bliski był kolejnej straty punktów na własnym stadionie. Na dodatek nie był rozpieszczany przez arbitra, pana Stefańskiego z Bydgoszczy. W meczu mnóstwo było walki, a w sytuacjach stykowych sędzia zawsze dyktował rzut wolny dla Lechii. Dostrzegał urojone faule Lecha. Ze statystyk wynika, że Lech popełnił ich kilka razy więcej niż Lechia, a to zupełnie się nie zgadza z obrazem meczu.

Lech potrafił się na szczęście otrząsnąć w ostatnich minutach z marazmu i ruszył do ataku. Sędzia Stefański wydawał się pilnować korzystnego dla Lechii wyniku, przerywał ofensywne akcje Kolejorza, ale gospodarze się nie zrażali. W doliczonym czasie przeprowadzili wspaniałą akcję, kompletnie wyprowadzili w pole obronę Lechii, a Robak otrzymał od Thomalli takie podanie, że pozostało mu kopnąć do pustej bramki. Po tym meczu wiemy, że jeżeli Lech zagra w środę na porównywalnym poziomie, zostanie przez Bazyleę ośmieszony. Prawdopodobnie, wbrew temu, co głoszą, piłkarze byli już myślami przy środowym wydarzeniu, stąd ich brak zaangażowania, zamiar wygrania niskim nakładem sił. Nie zawsze szczęście będzie im sprzyjać.

Lech – Lechia 2:1 (1:0)

Bramki:  Hamalainen (19.), Robak (90+1) – Janicki (75.)

Kartki: Dudka – Łukasik, Kuświk

Widzów: 13.821

Lech: Jamin Burić – Tomasz Kędziora, Tamas Kadar, Marcin Kamiński, Barry Douglas – Łukasz Trałka, Dariusz Dudka – Darko Jevtić (61. Gergo Lovrencsics), Kasper Hamalainen (74. Denis Thomalla), Szymon Pawłowski (69. Dariusz Formella) – Marcin Robak

Lechia: Marco Marić - Grzegorz Wojtkowiak, Rafał Janicki, Mario Maloca, Jakub Wawrzyniak – Ariel Borysiuk, Daniel Łukasik – Maciej Makuszewski (67. Michał Mak), Sebastian Mila (60. Bruno Nazario), Piotr Wiśniewski (46. Grzegorz Kuświk) – Adam Buksa.