Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Mistrzostwo coraz bliżej. Pogoń pokonana po ciężkim boju

włącz .

Nie umiejętności piłkarskie, nie siła fizyczna i taktyka, ale nerwy decydowały o obliczu Lecha w meczu z Pogonią. Trzeba było wygrać, by zachować pierwsze miejsce. W normalnych okolicznościach zespół ze Szczecina nie miałby szans na dobry wynik. Wykorzystał olbrzymią odpowiedzialność spoczywającą na graczach Kolejorza, postawił trudne warunki, wynik nie był pewny do ostatnich chwil.

Legia z trudem wygrała z Wisłą stawiając Lecha pod dużą presją. Od pierwszych minut było widać, że piłkarze Kolejorza są bardzo zmobilizowani i zdeterminowani, by pokazać wyższość nad Pogonią, zdominować ją. Już po pierwszej połowie można było wyraźnie prowadzić, bo Lech bardzo łatwo stwarzał sobie okazje bramkowe. Nie potrafił niestety ich wykorzystać. Sam Sadajew mógł zdobyć w tym meczu więcej bramek niż w całym sezonie. Wszystkie „setki” koncertowo marnował.

To nie znaczy, że Czeczen rozegrał słabe spotkanie. Wprost przeciwnie, był pierwszoplanową postacią w ofensywie, napędzał atak, podawał kolegom, oddawał strzały. O tym, jaka jest jego wartość świadczy dużo słabsza postawa Lecha, gdy Sadajew opuścił boisko w drugiej połowie. Nikt równie dobrze jak on nie potrafi przetrzymać piłki w okolicach pola karnego, stworzyć zagrożenie. Gdyby jeszcze strzelał gole, byłby napastnikiem kompletnym, zbyt drogim, by grać w polskiej lidze.

Mimo dużej przewagi zawodników Lecha pierwsza połowa mogła zakończyć się remisem, co jeszcze bardziej związałoby im nogi po przerwie. Na szczęście w doliczonym czasie gry padł gol. Zdobył go Karol Linetty, któremu pomógł rykoszet, ale nic by z tego nie było, gdyby nie zmysł Sadajewa, jego bardzo dobre podanie. Piłkarze Lecha i kibice mogli odetchnąć z ulgą, choć trzeba jeszcze było rozegrać drugą połowę, w której wiadomo było, że jeżeli nie padnie rozstrzygający drugi gol, mecz może zakończyć się wielkim rozczarowaniem.

Czesław Michniewicz ofensywnie nastawił swoją drużynę. Choć grała ona w składzie młodzieżowym, zadziwiała dojrzałością, twardością w walce, błyskawicznym wychodzeniem do ataku. To zasługa głównie Rafała Murawskiego, piłkarza o wielkiej wartości. Poczynaniami gospodarzy ciągle rządziły nerwy. Co z tego, że dzięki akcjom Pawłowskiego, dośrodkowaniom Kędziory, spokojowi Sadajewa udawało się tworzyć kolejne okazje bramkowe. Żadna nie została wykorzystana, więc każdy przechwyt piłki przez Pogoń powodował alarm w całej drużynie Lecha. Nie dopisywało też szczęście, bo bramkarzowi Pogoni udało się wybić piłkę po pięknym strzale Keity.

Na szczęście klasą dla siebie był Arajuuri. Przerwał mnóstwo akcji Pogoni, był nie do przejścia, grał z wyczuciem i z poświęceniem. Taki obrońca to skarb. Głównie dzięki niemu goście oddali w drugiej połowie tylko jeden groźny strzał. Gola mógł zdobyć Zwoliński, ale świetny tego dnia Gostomski wykazał się refleksem. Na lewej obronie trener wystawił Kadara i tego nie pożałował. Węgier nie napędzał ataków Lecha skrzydłem, bo to nie jego specjalność, ale nie pozwolił na wiele Pogoni w swojej strefie boiska. Po końcowym gwizdku na stadionie rozległ się okrzyk radości, jakby Lech odprawił nie przeciętną Pogoń, ale zespół z najwyższej półki. Wielkopolska odetchnęła z ulgą. Jeszcze tylko dwa kroki... Nie będą łatwe. Piłkarze Lecha mają świadomość, że jeden błąd, jedno nieudanie zagranie może zniweczyć sezon, a na potknięcie Legii lepiej nie liczyć. W takiej sytuacji łatwo się nie gra.

Lech – Pogoń 1:0 (1:0)

Bramka: Karol Linetty (45.+1)

Żółte kartki: Sebastian Murawski, Takafumi Akahoshi

Widzów 27,5 tys.

Lech: Maciej Gostomski - Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński, Paulus Arajuuri, Luis Henriquez - Łukasz Trałka, Karol Linetty - Dawid Kownacki, Kasper Hamalainen (85. Muhamed Keita), Szymon Pawłowski (90. Kebba Ceesay) - Zaur Sadajew (64. Darko Jevtić).

Pogoń: Dawid Kudła - Adam Frąszczak, Wojciech Golla, Sebastian Murawski (77. Marcin Listkowski), Ricardo Nunes - Rafał Murawski, Mateusz Matras - Karol Danielak (63. Kamil Wojtkowski), Michał Walski (46. Dominik Kun), Takafumi Akahoshi - Łukasz Zwoliński.