Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zwycięstwo lidera. Lech lepszy od Lechii

włącz .

Mecz okrzyknięty jako najtrudniejszy w dodatkowej fazie rozgrywek okazał się szczęśliwy dla Kolejorza. Był lepszy od gospodarzy, przy bardziej umiejętnym rozgrywaniu kontrataków mógł ich rozjechać. Co najważniejsze, wreszcie pokazał mentalną moc, pewność siebie. Szedł jak po swoje, choć niewiele brakowało, by w końcówce stracił prowadzenie, gdy Buricia zastąpił Gostomski. W najbliższym meczu nie zagra Formella, a trenera znacznie bardziej martwi brak Buricia.

Maciej Skorża nie bawił się w rewolucję w składzie. Do boju posłał identyczną jedenastkę jak ta, która kilka dni wcześniej rozpoczęła zwycięski mecz przeciwko Śląskowi Wrocław – z Sadajewem w ataku, Hamalainenem na rozegraniu, Pawłowskim i Kownackim na skrzydłach. Znając grę Lecha tej wiosny można było mieć przekonanie, że jest to ustawienie teoretyczne, piłkarze nie będą kurczowo trzymali się swoich pozycji, każdego z nich zobaczymy tak w roli wysuniętego napastnika, jak pomocnika lub skrzydłowego.

Lech grał spokojnie i pewnie, starał się wyprzedzać Lechię, neutralizować jej ataki. Stosował w środku pola podania z pierwszej piłki, by szybko zdobywać teren, jednak nic z tego nie wychodziło, bo zawsze któryś z zawodników w niebieskiej koszulce kierował piłkę do przeciwnika. Przez 10 minut żadna z drużyn nie stworzyła groźnej akcji, aż błysnął Pawłowski wyprowadzając prostopadłym podaniem na dobrą pozycję Hamalainena. Niestety, bramkarz był szybszy. Po chwili żaden z piłkarzy Lecha nie zdążył do dobrego podania wzdłuż bramki.

Do głosu doszła Lechia. Stworzyła kilka dobrych okazji, po których obrońcy Lecha mieli problemy z wybiciem piłki poza pole karne. Mila nie pokonał Buricia po rzucie wolnym sprzed karnego podyktowanego przez sędziego Marciniaka za urojony faul Pawłowskiego. Przez pierwsze pół godziny mecz był wyrównany, gra toczyła się głównie w środku pola, aż bardzo dobrą akcję prawym skrzydłem przeprowadził Sadajew. Mijał obrońców, wycofał do Trałki, ten oddał niecelny strzał, który wbrew jego woli zamienił się w piękną asystę do Hamalainena i Lech wyszedł na prowadzenie. Kilka minut później szarżujący sam na sam Sadajew został ewidentnie sfaulowany w polu karnym. Gwizdek sędziego Marciniaka milczał, a po rzucie karnym i czerwonej kartce powinno być po meczu…

Przed przerwą Lech był lepszą drużyną. Umiejętnie rozbijał akcje Lechii, która najgroźniejsza była po stałych fragmentach. Ofensywni zawodnicy Kolejorza robili tymczasem zamieszanie w obronie przeciwnika. Sadajew najczęściej pokazywał się na skrzydle, podobnie jak Kownacki, Hamalainen wychodził do ataku, Pawłowski był rozgrywającym, zresztą bardzo dobrym, skutecznym także w defensywie. Skoro było tak dobrze, z niepokojem można było czekać na drugą połowę. Lech rzadko pokazuje równą formę w całym meczu.

A jednak wyszedł na drugą połowę jeszcze bardziej zmotywowany. Przechwytywał piłki, inicjował ataki i natychmiast wywalczył rzut rożny. Padł po nim gol Kamińskiego, nieuznany jednak przez sędziego z powodu spalonego. Lechia starała się od tego momentu grać agresywniej, nastawiła się na przechwytywanie piłek w środku pola. Mogło się to na niej zemścić, bo rozluźniła szyki. Jevtić, który zastąpił pół godziny przed końcem meczu Sadajewa, w fantastyczny sposób wyprowadził Kownackiego na pozycję sam na sam, temu jednak łatwo piłkę odebrał Wojtkowiak.

Mecz był ciekawy i ciągle wyrównany. Lecha przed stratą golą ratował refleks, wzrost i sprawność Buricia, Lechię brak zdecydowania w ataku i dobrego rozegrania piłki przez zawodników Kolejorza. Ostatnie kilkanaście minut to coraz szybsza gra i energiczne ataki Lechii. Można byłoby pomyśleć o jej skontrowaniu. Pierwsza próba się nie udała, bo Jevtić źle, za plecy podał Linetty’emu. Po chwili piłka po dalekim wybiciu Buricia minęła niemrawych obrońców Lechii, umiejętnie ją przejął Pawłowski i popędził sam na sam z bramkarzem. Strzelił z daleka obok niego, wyprowadził swój zespół na dwubramkowe prowadzenie.

Bardzo dobrze bronił w tym meczu Jasmin Burić. To był taki sam Jasiu, jakiego pamiętamy z najlepszych czasów. Niestety, nie jest to człowiek żelaznego zdrowia. Na ostatnie 10 minut musiał wejść do bramki Gostomski, bo pierwszy bramkarz poczuł kłucie w udzie. Zmiennik już w pierwszej sytuacji miał szczęście, udało mu się uniknąć straty gola. Potem jednak zachował się po swojemu. Sędzia przedłużył mecz o 6 minut. Po rzucie rożnym „Gostek” w charakterystyczny dla siebie sposób zanotował pusty przelot. Formella wybił ręką piłkę zmierzającą do bramki. Wyleciał z boiska, Vranjes strzelił karnego. To nie koniec, Gostomski znów mijał się z piłką. Miał też szczęście, cudem odbił piłkę po strzale Colaka. Tą jedną interwencją zrehabilitował się za wszystko.

Mimo ataków Lechii Kolejorz dowiózł zwycięstwo do końca. Nie możemy narzekać na jego postawę. Szkoda tylko, że ma problem z bramkarzem. Sztab szkoleniowy stoi przed trudnymi decyzjami. Może odkurzony zostanie „Kotor”? Kibice nie mają nic przeciwko temu…

Lechia Gdańsk – Lech Poznań 1:2 (0:1)

Bramki: Vranjes (90+2. - karny) - Hamalainen (30.), Pawłowski (74.)

Widzów 25 tysięcy

Sędziował Adam Marciniak

Żółte kartki: Frriesenbichler, Vranjes, Mila - Sadajew, Douglas.

Czerwona kartka: Dariusz Formella

Lechia: Budziłek – Wojtkowiak, Gerson, Janicki, Rudinilson (Grzelczak) – Borysiuk, Vranjes – Bruno Nazario (84. Wiśniewski), Mila, Makuszewski – Friesenbichler (71. Colak).

Lech: Burić (82. Gostomski) – Kędziora, Arajuuri, Kamiński, Douglas – Trałka, Linetty – Kownacki (77. Formella), Hamalainen, Pawłowski – Sadajew (61. Jevtić).