Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Legia na kolanach! Lech liderem!

włącz .

Nareszcie! Długo czekaliśmy na zwycięstwo przy Łazienkowskiej, ale kiedy stało się już ono faktem, od razu dało Kolejorzowi pozycję lidera tabeli. Sukces był zasłużony, bo wiosną jest najlepszą drużyną, zdobył najwięcej punktów. Teraz wszystko zależy od Lecha. Jeżeli nadal będzie wygrywać, zdobędzie mistrzostwo Polski. Będzie o to łatwiej o tyle, że aż cztery spotkania gra u siebie, a tylko dwa na wyjeździe.

Wszyscy zastanawiali się, czy trener Maciej Skorża przemebluje skład, by zaskoczyć Legię i czy zagra zmienioną taktyką, czy też postawi na ludzi, którzy górowali na rywalem w pierwszej połowie finału. Zmiany, jak się okazało, były tylko dwie, za to znaczące. Macieja Gostomskiego zastąpił Jasmin Burić, a na ławce rezerwowych pozostał Zaur Sadajew. W roli napastnika zagrał Hamalainen, a jako rozgrywający Jevtić, który w finale wszedł na boisko w drugiej połowie. Znamionowało to inną taktykę – taką, jaka przynosiła rezultaty w nielicznych dobrych meczach wyjazdowych jesienią.

Początek meczu przypominał wydarzenie sprzed tygodnia, ze Stadionu Narodowego. Lech znacznie lepiej wszedł w mecz, osiągnął przewagę w polu, płynniej rozgrywał akcje, a przede wszystkim myślał o atakowaniu, o stwarzaniu sytuacji pod bramką rywala. Legia grała niemrawo, jakby nie miała sił, albo była przyczajona, starała się pokazać większe wyrachowanie. Mieliśmy więc partię szachów, bo choć Kolejorz przeważał, to nic z tego nie wynikało. Jeżeli strzelał, to niecelnie, podobnie zresztą jak Legia. Przez 45 minut żadna drużyna nie trafiła w światło bramki. Akcje Lecha bardziej się podobały, co nie zmienia faktu, że widowisko nikogo nie zachwyciło.

Inny byłby obraz meczu, gdyby lepiej grali podstawowi zawodnicy Lecha. Hamalainen podawał i strzelał niecelnie, jakby był kompletnie rozkojarzony. Źle zachowywał się Pawłowski, nie potrafił obsłużyć żadnego z kolegów, gdy miał piłkę kilkanaście metrów od bramki. Dużo lepiej niż w poprzednich spotkaniach spisywał się za to Jevtić, szczególnie na początku meczu. Dla odmiany Linetty źle rozpoczął, kilka razy zgubił piłkę, potem jednak doszedł do siebie. Oddał też najgroźniejszy strzał w pierwszej połowie, oczywiście niecelny. Nie można było mieć zastrzeżeń do środkowych obrońców. Kędziora kilka razy ładnie wrzucił piłkę pod bramkę, ale znacznie częściej popełniał proste błędy techniczne. Legia nie atakowała, więc nie było zastrzeżeń do gry Buricia.

W drugiej połowie wszystko się zmieniło. Oglądaliśmy kapitalny mecz. W kilka minut Lech rzucił Legię na kolana oddając dwa pierwsze celne strzały w całym spotkaniu. Po rzucie rożnym i odbitym przez obrońców strzale Kownackiego piłka trafiła do Jevticia, a ten celnym, plasowanym uderzeniem przy słupku dał swej drużynie prowadzenie. Legia natychmiast rzuciła się do odrabiania strat i natychmiast za to zapłaciła. W środku boiska piłkę rywalowi odebrał Linetty. Pobiegł w kierunku bramki, na linii pola karnego zwiódł obrońcę i efektownym strzałem zdobył pięknego gola!

W tym momencie zaczął się test dojrzałości Lecha. Jesienią też prowadził w Warszawie, ale dał sobie odebrać zwycięstwo. Wydawało się, że nie wyciągnął z tego wniosków. Dał się zamknąć we własnym polu karnym, Legia raz za razem miała stały fragment gry, zapachniało golem dla gospodarzy. I rzeczywiście piłka wpadła do bramki Buricia, oczywiście po rzucie rożnym. Powtórzyła się więc sytuacja z finału Pucharu Polski. Legia poczuła krew i natarła jeszcze bardziej zdecydowanie. W kolejnym meczu przekonaliśmy się, że Lech nie ma solidnego bramkarza. Burić potrafił odbić groźny strzał wykazując świetny refleks, ale każde jego wyjście do piłki po dośrodkowaniu, szczególnie po rzucie rożnym, było nieporozumieniem. Mijał się z piłką, nieudanie piąstkował, tylko cudem Lech nie stracił po takich wyczynach Jasmina ani jednego gola.

W drugiej połowie Legia osiągnęła zdecydowaną przewagę. Lechowi z trudem przychodziło wyprowadzanie kontr, choć aż się prosiło, by skarcić rozpędzonego przeciwnika. Niewiele jednak brakowało do trzeciego gola, i to od razu przepięknego. Wprowadzony na boisko Sadajew posłał piłkę cudownym lobem ponad bramkarzem, ale miał wielkiego pecha, bo trafił tylko w słupek. Legia ciągle nacierała, Lech się bronił rzadko przenosząc piłkę na drugą połowę, Burić raz za razem się mylił. W doliczonym czasie Lechowi wreszcie udało się utrzymać dłużej piłkę pod polem karnym Legii, jednak w ostatnim ataku meczu mógł stracić prowadzenie – gospodarze mieli piłkę meczową.

Po ostatnim gwizdku sędziego Marciniaka miło było patrzeć na twarze obecnych na stadionie warszawiaków. Byli przekonani, że mają drużynę skazaną na wygrywanie z wiecznie drugim Lechem. Tym razem boleśnie się przekonali, że ich drużyna nie ma patentu na sukcesy. Tej wiosny jest po prostu słaba, czego dowodzi dziewiąta już porażka w sezonie.

Legia – Lech 1:2 (0:0)

Bramki: Vrdoljak (54.) – Jevtić (47.), Linetty (49.)

Żółte kartki: Kucharczyk, Astiz, Duda - Kędziora, Kamiński, Arajuuri, Sadajew, Linetty

Sędziował Szymon Marciniak

Widzów 25 tysięcy

Legia: Kuciak – Broź, Rzeźniczak, Astiz, Brzyski – Jodłowiec,Vrdoljak – Kucharczyk, Duda, Żyro (77. Guilherme) – Saganowski (60. Sa)

Lech: Burić – Kędziora, Kamiński, Arajuuri, Douglas (72. Sadajew) – Trałka, Linetty – Kownacki (64. Kadar), Jevtić (88. Formella), Pawłowski – Hamalainen.

Zdjęcia Patryk Pindral