Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech nie wytrzymał presji. Tylko remis z Koroną

włącz .

Przewodzenie w lidze jeszcze nie dla Lecha. Szansę na zdobycie trzech punktów, pozwalających przegonić Legię, stracił w… Stargardzie Szczecińskim. Piłkarze zlekceważyli tam swoje obowiązki w Pucharze Polski, przez co musieli męczyć się przez 120 minut w rewanżu, a w niedzielę słuchać gwizdów zawiedzionej i nadspodziewanie licznej, żądnej sukcesów swego Kolejorza publiczności.

Korona z wiosny 2015 roku to zupełnie inny zespół niż jesieni. Niezależnie od tego, gdzie gra, potrafi narzucić przeciwnikowi swoje warunki, zdominować go fizycznie, zdobywać gole. Wiadomo więc było, że Lech stoi przed trudnym zadaniem, ale gdyby był dobrze fizycznie i mentalnie przygotowany do tego meczu, odniósłby kolejne zwycięstwo. Od początku próbował zepchnąć przeciwnika do obrony. Nie było z tym łatwo, bo Korona potrafiła opanować środek boiska i wyprowadzać groźne ataki.

Drużyna z Kielc do tego dnia nie strzeliła w Poznaniu nigdy bramki. Wydawało się, że ciągle wisi nad nią fatum, bo kiedy w pierwszej połowie zdobyła gola, sędziowie  z niezrozumiałych przyczyn nie uznali go. Potem egzekwowała rzut karny po przypadkowym faulu Formelli. Też bez efektu. Za to Lech miał dwie fantastycznie okazje bramkowe. Karol Linetty uderzył celnie z dystansu, bramkarz z trudem odbił piłkę, dopadł do niej Hamalainen, ale trafił wprost w golkipera. Potem doskonałe, widowiskowe rozegranie akcji ofensywnej zakończyło się wyjściem Sadajewa na idealną pozycję. Mając przed sobą pustą bramkę, haniebnie spudłował.

To nie był dzień Sadajewa. To nie był dzień całego Lecha. Nie miał szans na zdominowanie Korony. Goście nie dość, że nie pozwalali sobie strzelić bramki, to groźnie atakowali i mieli szansę skaleczyć Lecha. Wreszcie Kolejorz wyszedł na prowadzenie, po serii rzutów rożnych. Nie można jednak powiedzieć, że nauczył się wykorzystywać ten stały element. Piłka wyszła poza pole karne, tam do niej dopadł Lovrencsics i pięknym strzałem skierował ją na słupek, po odbiciu od którego zatrzepotała w siatce.

Korona nie zmieniła taktyki, nie rzuciła się do odrabiana straty, grała swoje, miejscami nawet rosła przewaga Lecha. Gościom udało się jednak raz rozegrać w polu karnym koronkową akcję, zgubić obrońców i wyrównać. Lech ni to chciał odrobić stratę, ni to nie chciał. Nieźle grał Kownacki, który po przerwie zastąpił Formellę, ale już Pawłowski, który wszedł za Sadajewa, nie dał drużynie kompletnie nic, miał na koncie same straty. Publiczność wypełniła te trybuny, które pozwolił im zająć znienawidzony przy Bułgarskiej państwowy urzędnik. Atmosfera była znakomita, doping z udziałem licznie przybyłych dzieci i przeniesionego Kotła potężny, ale z upływem minut rosło zniecierpliwienie. Było słychać gwizdy, gdy piłkarze Lecha, zamiast atakować, kierowali piłkę w poprzek boiska, albo wycofywali ją do bramkarza, lub też wykopywali do przodu, na aferę. Szczęście było blisko, widać jednak Lech nie jest jeszcze gotowy liderować. Jest drużyną po przejściach, którą trudno zmusić do walki na całego.

Lech Poznań – Korona Kielce 1:1 (0:0)

Bramki: 1:0 Gergo Lovrencsics (58.), Luis Carlos (65.)

Żółte kartki:  Łukasz Trałka - Vlastimir Jovanović, Paweł Golański

Widzów 24.308

Lech: Maciej Gostomski - Tomasz Kędziora, Marcin Kamiński, Paulus Arajuuri, Barry Douglas - Łukasz Trałka, Karol Linetty (70. Darko Jevtić) - Gergo Lovrencsics, Dariusz Formella (46. Dawid Kownacki), Kasper Hamalainen - Zaur Sadajew (82. Szymon Pawłowski).

Korona: Vytautas Cerniauskas - Paweł Golański, Piotr Malarczyk, Radek Dejmek, Leandro - Aleksandrs Fertovs, Vlastimir Jovanović - Luis Carlos, Serhii Pylypchuk, Olivier Kapo - Rafael Porcellis (77. Przemysław Trytko).