Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Lech upokorzony przez drugoligowca

włącz .

To był kolejny wieczór, którego długo będziemy się wstydzić. Beznadziejnie, bezmyślnie grający Lech przegrał w Stargardzie Szczecińskim 1:3, pozbawiając się właściwie szans na awans do wymarzonego finału Pucharu Polski. Kibice Lecha przeżyli podwójną traumę - oglądali tę klęskę słuchając złośliwych komentarzy Wojciecha Kowalczyka. Rewanż rozegrany zostanie w Poznaniu, gdzie Błękitni ustawią na swoim polu karnym przysłowiowy autobus.

Potwierdziły się słowa trenerów Lecha. Mecz w Stargardzie drużyna zaczęła w składzie możliwie najmocniejszym. Nie było oszczędzania czołowych graczy na mecz ligowy, nie odpoczywali reprezentanci swoich krajów. A jednak tylko momentami było widać, która drużyna to wicelider ekstraklasy. Wpływ na to miała nie tylko ambicja miejscowej drużyny, ale i nienormalne warunki, w jakich mecz był rozgrywany – fatalne boisko, wichura, zacinający deszcz lub grad. Każdej drużynie, nawet tej z najwyższej półki, trudno byłoby rozwinąć skrzydła usiłując włożyć w spotkanie minimum wysiłku.

Wiatr w pierwszej połowie sprzyjał Lechowi, ale czołowa polska drużyna nijak tego nie próbowała wykorzystać. Grała słabo, kunktatorsko. Nie widzieliśmy strzałów z daleka, przerzutów, prób zepchnięcia rywali do obrony. Wystarczyła jedna niezła akcja, by spełnić plany sztabu szkoleniowego i szybko ustawić strzeloną bramką mecz. Sadajew przejął długie podanie, wykazał się większą siłą i sprytem niż obrońca, celnie strzelił do siatki lewą nogą. Nikt nie mógł się wtedy spodziewać, że mecz bynajmniej nie jest ustawiony.

Grający w ekstraklasowym składzie zespół spoczął na laurach, za to dzielni drugoligowcy robili, co mogli, by nawiązać walkę z faworyzowanym rywalem, zagrozić Buriciowi. Sprzyjał im sędzia odgwizdujący rzuty wolne po faulach, których nie było. Sprzyjał im też Lech starający się, by gospodarze wykonywali jak najwięcej stałych fragmentów gry. Kiedy już Lechowi udało się przechwycić piłkę, nie widzieliśmy składnych ataków, celnych podań, lecz głupie wybicia do przodu, na aferę, często na aut. Żenujące błędy w defensywie popełniał Kadar. Nie chce się wierzyć, że tak słaby, zawodzący w ważnych momentach piłkarz jest reprezentantem swego kraju.

Beznadziejnie grali Kownacki i Pawłowski, którego nie było stać na szybszy bieg z piłką, więc drugoligowcy łatwo go doganiali i przerywali akcje. Nie zachwycał też Formella. Sadajew próbował rządzić na boisku, ale nie za pomocą piłki, lecz ramion, którymi odpychał przeciwników. Z dobrej strony tylko chwilami pokazywał się Linetty. Obrona Lecha nie stanowiła monolitu, a niecelne podania miał na sumieniu każdy zawodnik Kolejorza, bez wyjątku.

Na drugą połowę trzeba było czekać z obawami – drugoligowcy mogli, dosłownie i w przenośni, dostać wiatru w żagle. I dostali, w czym zasługa zawodników Lecha, którzy z uporem maniaka zapewniali Błękitnym możliwość jak najczęstszego wykonywania rzutów rożnych. Po jednym z nich, już na początku drugiej połowy, gospodarzom udało się wyrównać, ładnym strzałem z półwoleja. Doświadczeni obrońcy Lecha stali jak sparaliżowani. Po zdobyciu gola w miejscowych wstąpiły nowe siły, a Lech ciągle grał żenująco słabo, nie potrafił wyprowadzić piłki z własnej połowy, nie mówiąc już o stworzeniu składnego ataku.

Raz tylko udało się Lechowi stworzyć dobrą okazję, gdy Sadajew idealnie obsłużył Kownackiego, a ten strzelił prosto w bramkarza, mimo iż miał odkrytą całą drugą część bramki. A ambitni gospodarze robili swoje, atakowali, zmuszali Lecha do błędów. Trzeba nie mieć wyobraźni, by postępować tak, jak Lech – co chwilę wybijać piłki na rzuty rożne stwarzając szanse gospodarzom. Tak postępował Kamiński, a drużyna ze Stargardu strzeliła kolejnego gola po stałym fragmencie gry. Paraliż umysłowy Lecha jest zdumiewający. Co można było tłumaczyć brakiem doświadczenia Bakero lub Rumaka, teraz nie znajduje racjonalnego uzasadnienia.

To jeszcze nie był koniec wstydu Lecha. Drużyna nadal, do ostatnich miniut, grała bez obrony, bez ambicji, bez przekonania. I straciła jeszcze jedną bramkę. Wielka radość na stadioniku, wielkie święto w 70-tysięcznym mieście, wielki wstyd dla Lecha. I niewielkie szanse na to, co wydawało się pewne – awans do finału Pucharu Polski. Na koniec jeszcze „błysnął” Sadajew, który wyleciał z boiska po drugiej żółtej kartce.

Błękitni Stargard Szczeciński – Lech Poznań 3:1 (0:1)

Bramki: Pustelnik (54’, 64’), Kosakiewicz (84’) - Sadajew (9’)

Żółte kartki: Kosakiewicz, Gajda, Poczobut - Kamiński, Linetty, Sadajew

Czerwona kartka: Sadajew (86. minuta, po drugiej żółtej)

Błękitni: Ufnal – Wojtasiak (90+2. Kotłowski), Fadecki, Pustelnik, Wawszczyk, Poczobut, Gajda (82. Inczewski), Gutowski, Kosakiewicz, Wiśniewski (71. Baranowski), Liśkiewicz.

Lech: Burić – Ceesay (64. Kędziora), Kamiński, Arajuuri, Douglas – Pawłowski (79. Ubiparip), Kadar, Linetty (68. Drewniak), Kownacki, Formella – Sadajew