Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Nowe życie Huberta Wołąkiewicza

włącz .

Kto wie, czy w meczu z Lechią nie zobaczymy go na boisku. Jeżeli tak się stanie, na przykład w wyniku niedyspozycji Tomasza Kędziory, będzie to pożegnanie Huberta Wołąkiewicza z kibicami i stadionem. Pożegnanie szczególne, bo do Poznania przyszedł właśnie z Lechii. Jeżeli w sobotę nie zagra, ostatnim jego występem w barwach Lecha pozostanie niedzielny mecz w Krakowie, gdy w drugiej połowie zastąpił kontuzjowanego Tomka Kędziorę.

Hubert piłkarzem Lecha będzie oficjalnie tylko do końca roku, gdy wygaśnie jego czteroletni kontrakt. Przyszedł tu z Lechii, gdzie nie chciał przedłużyć kontraktu, przez co stał się wrogiem publicznym, odsunięto go od pierwszej drużyny. Zanim to się stało, był tam czołowym defensorem. Często grał na lewej stronie boiska, ale jak twierdził, działo się to z konieczności, bo jego ulubioną pozycją był środek defensywy. W Lechu najczęściej grał u boku Manuela Arboledy lub Marcina Kamińskiego, a gdy przyjeżdżał na mecz do Gdańska, można go było podziwiać za odporność psychiczną. Niewiele sobie robił z obelg i innych odznak nienawiści, jakie spadły na niego ze strony tamtejszej publiczności.

Jego przygoda z Lechem mogła się zacząć nie w 2011 roku, ale już pięć lat wcześniej. Ten pochodzący ze Skarżyska Kamiennej piłkarz jako junior związał się z Amiką Wronki. Ocierał się o pierwszą drużynę, zwykle jednak grał w rezerwach. Nic więc dziwnego, że po połączeniu klubów trener Franciszek Smuda nie widział go w tworzonym przez siebie zespole nowego Lecha. Odszedł do Lechii, gdzie bardzo się piłkarsko rozwinął. Okazało się, że Lech i tak był mu pisany.

Kiedy z końcem 2014 roku wygasał mu kontrakt w Poznaniu, zarząd Lecha przedłożył propozycję nowego. Nie jest tajemnicą, że był gorszy od tego, jaki miał dotychczas, a ten obecnie prawie 30-letni piłkarz był jednym z lepiej zarabiających graczy Kolejorza, trafił tu bowiem w latach tłustych, zanim zaczęły się oszczędności wynikające m.in. z braku sukcesów fatalnie prowadzonej drużyny. Inna sprawa, że na początku gry w Lechu Hubert cieszył się dużo większym uznaniem trenerów i kibiców niż pod koniec pobytu w klubie. Ostatnio obwiniano go o popełnianie błędów, po których Lech tracił bramki, w tym takie, które pozbawiały go zwycięstw.

Przełomem w postrzeganiu tego obrońcy był nieszczęsny mecz w Szczecinie, gdy Lech niespodziewanie przegrał z Pogonią aż 1:5. Wszystkie bramki zdobył Marcin Robak, za każdym razem ogrywając Huberta Wołąkiewicza. Nawet rzut karny został przez sędziego podyktowany po faulu tego obrońcy. Już samo zdobycie pięciu goli przez jednego piłkarza to wielka rzadkość. Kiedy dzieje się to po pięciu błędach tego samego defensora, najczęściej wiąże się z końcem tego gracza w klubie. Kapitan Lecha ciągle cieszył się jednak zaufaniem trenera Mariusza Rumaka. Był wykonawcą niemal wszystkich rzutów karnych, zdobył po nich cztery gole. Sytuacja zmieniła się dopiero po przyjściu do klubu Macieja Skorży.

Nowy trener początkowo stawiał na Huberta, dawał mu więcej szans niż Paulusowi Arajuuri’emu. Z czasem zmienił nastawienie do tego zawodnika. Funkcję kapitana zespołu powierzył Łukaszowi Trałce, Hubert coraz rzadziej wychodził w pierwszym składzie, co miało związek z jego postawą, ale i z toczącymi się już rozmowami w sprawie kontraktu. Szanse na jego przedłużenie malały, mimo iż trener nie sugerował, że nie widzi go więcej w składzie. Mówił tylko o spodziewanym pożegnaniu z zawodnikami, na których się zawiódł.

Z początkiem stycznia Hubert Wołąkiewicz będzie wolnym piłkarzem. Nieoficjalnie mówi się, że władze Lechii Gdańsk ponownie widziałyby go w swej drużynie, mimo iż ten klub rozstał się z nim bez klasy, a kibice zademonstrowali rzadko spotykane chamstwo wobec piłkarza, którego dobrą grą cieszyli się przez cztery lata. Z Hubertem chętnie współpracowałby też Mariusz Rumak, obecny trener Zawiszy Bydgoszcz. Mówi się jednak, że obrońca, który kilka lat temu bywał powoływany do reprezentacji narodowej, najchętniej spróbowałby na zakończenie kariery szczęścia w lidze zagranicznej.