Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Krajobraz po letniej burzy

włącz .

Gdyby ktoś przewidział, że w letnim okienku transferowym Lech straci tylko jednego piłkarza, a pozyska aż czterech, uznalibyśmy to za niespotykane wzmocnienie drużyny. Kiedy stało się to faktem, do euforii nam daleko. Latem klub odniósł tylko jeden sukces, bynajmniej nie sportowy: wyjątkowo korzystnie sprzedał najlepszego napastnika. Nowy trener mówi otwarcie, że jeżeli drużyna ma grać tak, jak on tego oczekuje, potrzebuje wzmocnień prawdziwych.

Lato było czasem wielkich nadziei. Trener Mariusz Rumak zapowiedział, że jeżeli zespół ma dobrze pokazać się w Europie, trzeba nie tylko zmienić sposób letnich przygotowań, ale i dokonać transferów jeszcze przed nimi. Do drużyny dołączyli Maciej Wilusz, Darko Jevtić, na koniec Muhamed Keita. Każdego określało się jako poważne wzmocnienie. Słyszeliśmy nawet, że Lech nigdy jeszcze nie miał tak mocnego składu.

Nadzieje nie zostały spełnione. Wilusz w pierwszym sparingu strzelił samobója, w Tallinie umożliwił rywalowi zdobycie gola, potem rzadko pojawiał się na boisku. Jego sytuację zmieniła dopiero kontuzja Wołąkiewicza, będącego zresztą bez formy. Jevtić to zawodnik młody, z dużymi już umiejętnościami. W przyszłości może rządzić w środku pola choć nie wiemy, jaką rolę przypisze mu Maciej Skorża. Z Keity Lech nie ma jeszcze żadnego pożytku. Przyjechał tu z kontuzją, długo się leczył, a kiedy wyzdrowiał okazało się, że urodzony w Gambii Norweg nie może się tu odnaleźć. Nowy trener chce rozmawiać z wszystkimi piłkarzami, a zacznie właśnie od Keity. Postawienie go na nogi będzie dużym wyzwaniem.

Zarząd Lecha zapowiedział, że latem odejdzie najwyżej dwóch piłkarzy. Największe na to szanse miał Teodorczyk. Kamińskim zainteresowanie wyraziło włoskie Palermo, ale Marcina nie zaprosiło. Mówiło się też o Lovrencsicsu, głównie w kontekście klubów niemieckich. Żadna sensowna oferta do klubu jednak nie wpłynęła i rozczarowany tym Węgier musi męczyć się w Lechu. Jego szanse na transfer nie wzrosną, jeżeli nie przestanie się męczyć.

Po meczach ze Stjarnan Lech stał się innym klubem. Projekt powołania sztabu szkoleniowego składającego się z ludzi młodych, na dorobku, tutejszych, nie mających dużych oczekiwań finansowych, zakończył się eurokompromitacją. Potwierdziło się, że za towar kupowany tanio można zapłacić bardzo drogo. Trenerzy nie obciążali klubowego budżetu, ale w błoto poszły pieniądze wydawane na utrzymanie drużyny, na godziwe opłacanie zawodników.

Jeszcze w lipcu wydawało się, że nikt z Lecha nie odejdzie, bo trzeba mieć drużynę, która nas nie skompromituje w Lidze Europy. Gdyby Teodorczyk odszedł wcześniej, Lecha nie spotkałoby nic gorszego niż to, co stało się jego udziałem, a pozostałoby więcej czasu na sprowadzenie następcy. Pod koniec sierpnia legendarne listy zawodników mogących przyjść do Lecha, sporządzane przez dział skautingu, do niczego nie mogły się przydać. Dzięki Łukaszowi Trałce zawodnikiem na wydaniu stał się w Lechii Sadajew. Przeniósł się na Bułgarską, co niestety straty Teodorczyka nie zrekompensuje. To dobry, waleczny napastnik, który ma jedną wadę: rzadko zdobywa gole. Nowy trener zaznaczył, że bardziej niż na strzeleckie umiejętności Czeczena liczy na inne jego walory.

Trudno sobie wyobrazić profesjonalnie zarządzany klub europejski, który korzystnie sprzedał najcenniejszego piłkarza, ale nie zdążył wydać pozyskanej kasy na wzmocnienie drużyny. Kibice Lecha mają prawy być rozczarowani, bo narobili sobie nadziei czytając codziennie newsy dobrze poinformowanych mediów o zawodnikach będących w kręgu zainteresowań Lecha. Być może klub rzeczywiście się nimi interesował, ale to była jedyna jego aktywność.

Józef Djaczenko