Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Ratownik za ratownika

włącz .

Przed Maciejem Skorżą stoi identyczne wyzwanie, jak wcześniej przed Mariuszem Rumakiem. Musi postawić zespół na nogi po rządach poprzednika. Eksperyment z powierzeniem Lecha trenerowi z nazwiskiem zakończył się fiaskiem. Okazało się, że Bakero nie ma właściwie niczego poza nim, a jednak zadziwiająco długo niszczył drużynę. Narobił szkód, z którymi trudno uporać się do dziś. Potrzebny był ratownik. Potem historia zatoczyła koło, co jest charakterystyczne dla tego klubu.

Misja powierzona Rumakowi powiodła się – uratował sezon, wywalczył prawo gry w Europie. Szkoda tylko, że nie potrafił tego wykorzystać. Nie zrobił kolejnego kroku. Gładziutko i konsekwentnie odpadał z pucharów, rok po roku. I znów władze klubu wykazywały zdumiewającą wyrozumiałość. Spokojnie przyglądały się, jak przepada europejski dorobek Lecha, jak uciekają pieniądze, jakie można było zarobić, gdyby drużyna potrafiła rywalizować z kopciuszkami europejskiego futbolu.

Teraz w rolę ratownika wcielił się Skorża. Prawdopodobnie mu się powiedzie, bo zawodnicy, jakich ma w składzie Lech, wyrastają ponad ligową przeciętność. Tyle, że nie stanowią drużyny. Była ona budowana bez niezbędnego w tym fachu doświadczenia. Nie wystarczy sprowadzić do klubu niezłych zawodników, trzeba jeszcze wykorzystać ich potencjał. Nie trzeba zresztą dużego znawstwa, by zauważyć, że zespół potrzebuje liderów, inaczej zamieni się w grono trzęsących się ze strachu na samą myśl o porażce, znerwicowanych chłopców. Każdy, dosłownie każdy z nich dałby z siebie więcej mając u boku kogoś takiego, jak Rafał Murawski. Nikt nie bałby się zagrań bardziej ryzykownych niż podanie na skrzydło i dośrodkowanie, gdyby obok biegał taki magik, jak Semir Stilić. Obu można było mieć, bez finansowych nakładów i fatygowania działu skautingu.

Pierwsze wypowiedzi, pobieżne jeszcze diagnozy stawiane przez nowego trenera dowodzą, że ma on pomysł na uratowanie drużyny. Brakuje jej kręgosłupa. Także moralnego. Składa się z zawodników dobrych piłkarsko, ale grzecznych, spokojnych, czyli takich, co nie potrafią umierać za sprawę. Być może dlatego zrodził się pomysł zaangażowania Sadajewa, czyli napastnika, który wprawdzie bramek strzelać nie potrafi (w trzech ostatnich klubach, w trzech ligach, przez kilka lat zdobył ich raptem tuzin), ale jest wojownikiem, trudnym do okiełznania, lecz wkładającym w grę serce.

Walka to jeszcze nie wszystko. Z nią jest tak, jak z bieganiem, koniecznym do wygrania meczu, ale nic nie dającym, gdy biega się bez sensu. Mecz z Cracovią Lech zagra jeszcze tak, jak poprzednie w tym sezonie, co nie stawia go na przegranej pozycji, bo w polskiej lidze można zwyciężać nawet w taki sposób. Potem zacznie się stopniowe modyfikowanie taktyki. Nie ma się co łudzić, że w rundzie jesiennej wygramy wszystko, co pozostało do wygrania. Niejeden raz przeżyjemy gorycz porażki. Problem tylko w tym, by ponieść jak najniższe straty. Prawdziwy wyścig z czasem zacznie się dopiero w lutym, a jego metą ma być awans do fazy grupowej europejskich pucharów. Jeśli stanie się to faktem, będzie można mówić o udanej misji Macieja Skorży.

Kurczowe trzymanie się trenerów, na których poznał się każdy przeciętnie rozgarnięty kibic, przyniosło straty. Kiedy wiadomo, że z tej mąki chleba nie będzie, nie ma co próbować w nieskończoność. Maciej Skorża podpisał kontrakt na trzy lata i mało jest prawdopodobne, by go nie wypełnił. Całe szczęście, że o trenowaniu ma większe pojęcie niż poprzednicy. Oby okazał się wyznawcą zasady: „po mnie ratować nie trzeba”.

Józef Djaczenko