Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Gytkjaer przestał strzelać. Alternatywy brak

włącz .

Solidny napastnik – to jest to, co pozwoliłoby Lechowi zdobywać punkty w meczach, w których je traci. Do końca okienka transferowego pozostały godziny. Wykorzystane nie zostaną, podobnie jak ostatnie miesiące. Pozostaje nadzieja, że Gytkjaerowi wystarczy zdrowia na mecze rozgrywane do maja co kilka dni, zresztą ostatnio jego obecność na boisku niczego nie zmienia.

W Białymstoku Lech zagrał dużo słabiej niż w imponującym spotkaniu przeciwko Lechii. W pierwszej połowie wypadł wprost beznadziejnie, oddał pole Jagiellonii, pozwalał jej właściwie na wszystko, jakby zależało mu tylko na tym, by wydobyć ją z kryzysu. Zmierzył się z zespołem upadającym. Mógł wygrać na trudnym terenie pierwszy raz od siedmiu lat. Zawodził jednak totalnie.

Druga połowa była dużo lepsza, i to od pierwszych sekund, gdy o nieuznaniu przez VAR bramki Kamila Jóźwiaka zadecydowały centymetry. Chwilę potem sędzia po obejrzeniu powtórek anulował „jedenastkę” podyktowaną za upadek Puchacza w polu karnym. Trzeba było dalej walczyć o wyrównanie. I Lech wyrównał, bo ma świetnie, coraz lepiej strzelającego z dystansu Modera. Nie wygrał, bo nie ma w składzie nikogo potrafiącego wykorzystywać okazje bramkowe.

Co się stało z Gytkjaerem? Tytuł ligowego króla strzelców ma na wyciągnięcie ręki. Nie przyznają go niestety za dochodzenie do dobrych sytuacji, ale za zdobywanie goli. Z tym jest fatalnie. Duńczyk wykorzystał w pierwszym meczu rzut karny, podyktowany zresztą za faul na nim. I to było wszystko, na co go w tym roku stać. Jego gole pozwoliłyby wrócić z Krakowa z punktami. Jego skuteczność pozwoliłaby zdemolować Lechię. Wykorzystanie choćby jednej z kilku idealnych szans w Białymstoku przyniosłoby przełamanie i trzy punkty.

Nie tylko Gytkjaer był nieskuteczny. Źle w ofensywie spisywali się też inni. Tiba nie miał dnia. Popełnił masę błędów, nie wykorzystał piłki meczowej w doliczonym czasie. Ramirez robił zamieszkanie, ale dużo mu jeszcze brakuje do Jevticia z najlepszych czasów. Żywiołowa gra skrzydłowych nie przekładała się na gole. Najwięcej jednak oczekuje się od „dziewiątki”.

Żaden szanujący się klub nie może przystąpić do rozgrywek z jednym bramkarzem, czy z jednym napastnikiem. To kluczowe pozycje, trzeba o nie dbać szczególnie. Lech jest klubem zarządzanym niekonwencjonalnie. Tu nikt się nie przejmuje, że przepadną ligowe punkty przez to, że ktoś, kogo rozliczyć nie można, bo jest ponad wszystko i wszystkich, zaniedbał uzupełnienie składu. Stracone punkty mogą się przełożyć na brak miejsca w europejskich pucharach, czyli na poważne straty finansowe. W normalnym klubie traci się za to posadę. W Lechu jest jakoś inaczej.

Trener nie ma komfortowej sytuacji. Jego młodzież gra coraz lepiej, choć można dyskutować, czy doświadczony Butko dałby w Białymstoku drużynie więcej niż czyniący ogromne postępy, ale wciąż niedojrzały Kamiński. Tu Dariusz Żuraw ma wybór. W ataku nie ma żadnego. Zabrał na wyjazd Żamaletdinowa, ale skorzystałby z niego tylko w największej desperacji. Zimą klub robił wszystko, by zdjąć z siebie obowiązek utrzymywania go wiosną. Nie udało się. I taki zawodnik jest dziś alternatywą dla Gytkjaera, który ciągle ma szansę załapać się do mocnej reprezentacji Danii na Mistrzostwa Europy.

Lewandowski jest tylko jeden. Każdy inny napastnik może złapać zadyszkę, wpaść w dołek, zatracić skuteczność. Ostatnio nawet „Lewy” wypadł na miesiąc z obiegu. Z tym zawsze trzeba się liczyć, mieć kogoś w odwodzie. Czasami też występuje konieczność gry na dwóch napastników. Trener Lecha takiej szansy nie ma. Zespół jest przez to upośledzony. W tej sytuacji żądnie od drużyny realizacji jakichś celów byłoby ze strony władz klubu grubym nietaktem, albo i bezczelnością.