Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Zamiast sukcesu – wyrzut sumienia

włącz .

Joao Amaral powinien zostać gwiazdą całej ekstraklasy, poprowadzić Lecha do zwycięstw, zachęcić ludzi do przychodzenia na stadion, być wzorem dla wychowanków. Stał się jeszcze jednym przykładem, jak łatwo włodarzom klubu z Bułgarskiej przychodzi zamienianie szans i nadziei w klęski sportowe i wizerunkowe.

Nie cichną dyskusje wokół wypożyczenia tego zawodnika do słabeusza z ligi portugalskiej. Wątpliwości i nieporozumień nie brakuje. O półroczne zwolnienie z obowiązku przebywania w Poznaniu prosił sam piłkarz, a powodem miała być bardzo zła sytuacja rodzinna polegająca na zaplanowanym na kwiecień porodzie jego narzeczonej.

Można dyskutować, czy to wystarczający powód do rezygnacji z piłkarza. Wiadomo, że nie ma ważniejszej sprawy niż przyjście potomka na świat, więc trzeba wyciągnąć pomocną dłoń. Pytanie tylko, czy wyjazd zawodnika z Poznania, i to z czteromiesięcznym wyprzedzeniem, jest niezbędny. Dlaczego w podobny sposób nie traktuje się tych spraw w innych ligach, innych klubach? Dlaczego nie są one regularnie osłabiane z powodu trudnej sytuacji rodzinnej piłkarza? Albo i kilku ważnych piłkarzy?

Na władze Lecha spadła krytyka za łatwe pozbycie się czołowego gracza, ale i pochwała za ludzkie podejście do życiowych problemów, za okazane serce. Jedna i druga opinia jest przesadzona. Amaral nie jest kluczowym graczem Lecha, choć biorąc pod uwagę jego potencjał i umiejętności, powinien takim być. Sztab szkoleniowy nie potrafi wykorzystywać potencjału drużyny. Dobrowolnie rezygnuje z poważnego atutu, i to nie teraz, ale od wielu miesięcy. Zamiast grać w Paços de Ferreira, Amaral mógłby wiosnę spędzić na ławce rezerwowych przyglądając się promowaniu Kamińskiego, Puchacza, Skórasia i kilku innych.

Właśnie dlatego śmiechu warte są pytania, czy wiosną będzie miał kto zastąpić Amarala. Nikt nie zamierza nikogo zastępować. Niby Portugalczyk to bardzo dobry piłkarz, ale jego obecność na boisku nie ułatwia stawiania na wychowanków potrzebujących bezcennych minut. O dobrym sercu władz Lecha można byłoby mówić, gdyby sprawa dotyczyła tych, których umiejętności są doceniane, np. Gytkjaera. Ciekawe, czy klub tak łatwo zrezygnowałby z usług Duńczyka, nawet z powodu przyjścia na świat potomka.

Ostatnie zdjęcia portugalskiego piłkarza, zamieszczane w mediach społecznościowych, nie potwierdzają, że przebywa on na zesłaniu. Wprost przeciwnie. Wydaje się, że odżył. Trafił tam, gdzie będzie potrzebny, gdzie na niego czekają, gdzie może pomóc, błysnąć swą piłkarską klasą. Grając w Poznaniu miał świadomość, że przewyższa umiejętnościami kolegów z drużyny i że jedynym, który tego nie widzi jest trener. Każdy chce czuć się potrzebnym. Dlatego otwarte jest pytanie, czy Joao wróci na Bułgarską. Zapewnia, że tego chce i że zamierza dać z siebie wszystko. Musi go jednak dręczyć pytanie – czy będzie zapotrzebowanie na to „wszystko”. Czy trener nie uzna, że bardziej mu potrzeba nastolatków, i to kilku na raz, a Joao może sobie posiedzieć na ławce.

Trudno więc dziwić się piłkarzowi, że zamierza wypromować się w rodzimej lidze, wzbudzić sobą zainteresowanie. Podobno jego obecny klub jest tak biedny, że Joao niemal dokłada do tego interesu. Robi krok w tył, by zrobić wielki do przodu, gdy z ofertą wykupienia go z Lecha wystąpi któryś z portugalskich potentatów.

Gdy półtora roku temu Pedro Tiba i Joao Amarala trafili do Lecha, kibice czuli satysfakcję. Oto klub nie penetruje już lig skandynawskich i bałkańskich lecz sięgnął po graczy ukształtowanych, klasowych, potrafiących od razu skierować drużynę na wyższy poziom. Obaj błyszczeli, ale tylko dopóki nie wtopili się w szare tło. Ich możliwości nie zostały wykorzystane. Po roku klub kolejny raz zmienił strategię transferową i sięgnął po młodych graczy z bałkańskiej prowincji.

Podobno Amaral jest najdroższym zawodnikiem w historii polskiej ligi. Skoro doceniło się jego klasę, to aż się prosi, by coś wokół niego zbudować, traktować jak gwiazdę, wzór dla wychowanków. Włodarze Kolejorza woleli zamienić sukces we własny wyrzut sumienia. Znów okazali się mistrzami trwonienia potencjału.