Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Szkolić dobrze, promować z umiarem

włącz .

Remis na własnym stadionie zawsze w Poznaniu traktowano jako stratę, z kimkolwiek by Lech nie grał. Teraz słychać głosy, że po dwóch porażkach jeden punkt to niezłe osiągnięcie, zwłaszcza w młodzieżowym składzie i w meczu przeciwko solidnej, dobrze grającej na wyjazdach Jagiellonii. Lecha nie traktuje się już jako jednego z faworytów rozgrywek.

To dobrze, że Lech masowo kieruje do pierwszej drużyny młodzieżowców. Czyni to ze ściśle określonym zamiarem – mecze ekstraklasy traktuje jako okno wystawowe. Chcąc dobrze prosperować, musi transferować wychowanków do klubów skłonnych płacić za nich miliony euro. Nie może przecież zarabiać dzięki sukcesom, bo sportowa wartość drużyny wskutek chaotycznego zarządzania została roztrwoniona.

Promowanie na taką skalę młodzieży ma sens, ale i wysoką cenę – często odbywa się kosztem wyników, gdy wysoko opłacani, klasowi piłkarze okazują się zbędni. Makuszewski ciągle jest lepszym skrzydłowym niż Kamiński, czy Klupś, a zdążył zapomnieć, jakie to uczucie wychodzić na boisko w pierwszym składzie i rytmu meczowego szuka w zespole rezerw. Podczas meczu z „Jagą” Lech zaprezentował najdroższą ławkę rezerwowych w Polsce. Na sukces sportowy to się nie przełoży. Na finansowy – być może, gdy uda się kiedyś zarobić na Kamińskim i jego nieco starszych kolegach.

W żadnym z czołowych europejskich klubów nie zarządza się drużyną w taki sposób. Na pierwszym miejscu zawsze stoją wyniki. Młodych szkoli się przede wszystkim po to, by korzystać z ich piłkarskich umiejętności. Nie zdarza się, by czołowy zawodnik nie mógł pomóc drużynie, bo musi ustąpić miejsca promowanemu nastolatkowi. Juniora oswaja się z boiskiem i stadionem tylko wtedy, gdy nie zaszkodzi to jakości gry. Tylko w nielicznych klubach szkolą tak dobrze, że debiutujący nastolatek nie ustępuje umiejętnościami czołowym graczom.

Kibice Lecha cieszą się widząc młodych graczy na boisku. A jednak przecierają oczy ze zdumienia, gdy jest ich w drużynie aż siedmiu. Choć nikt przeciwko temu nie zaprotestuje, to przełoży się to negatywnie na frekwencję w sposób pośredni. Wystarczy porównać liczbę widzów na kolejnych domowych meczach. Bez Gytkjaera, Amarala, Makuszewskiego, Jevticia wygrywa się trudniej. Dobrze, że jeszcze nikt nie uznał, iż także Tiba nie powinien blokować miejsca młodzieży.

Juniorzy to wielki skarb Kolejorza, szczególnie gdy nie foruje się ich na siłę, ale gdy mogą drużynie autentycznie pomóc. Tak jak Puchacz, który zastępując kontuzjowanego Kostewycza był czołowym graczem drużyny. Szkoda, że klub nie wyszkolił równie dobrych środkowych defensorów, jak Marcin Kamiński, Jan Bednarek, że nie ma tu już Wiktora Pleśnierowicza. Przydaliby się, bo Crnomarković nie powiedział w sprawie kartek i dyskwalifikacji ostatniego słowa, a Rogne przypomina użyteczne, ale wysoce awaryjne urządzenie.

Jeżeli którykolwiek z podstawowych zawodników Lecha zasługuje na odpoczynek, to Muhar. Niewiele daje drużynie. Myli się w podaniach, psuje akcje, a rozrzut w strzałach (na szczęście nielicznych) ma katastrofalny. Jego atutem ma być siła fizyczna, tymczasem młody, nieustępliwy Skrzypczak to też nie ułomek. Do tego potrafi stworzyć zagrożenie pod bramką przeciwnika, ma wyobraźnię, nie jest klasycznym „przecinakiem”. Lepiej więc posadzić na ławce Muhara, a nie graczy kreatywnych, ofensywnych.

Być może doczekamy Lecha zwyciężającego, zdobywającego trofea, a składającego się w większości z wychowanków. To będzie pełnia szczęścia. Dziś spełniony jest tylko jeden warunek – młodzież idzie do drużyny ławą. Na dobre wyniki trzeba poczekać, aż klubowi uda się tak szkolić, by juniorzy byli lepsi od graczy sprowadzanych za setki tysięcy euro. Dopóki to nie nastąpi, nie można traktować wyników jako drugorzędne, niczym w okresie równoważenia budżetu. Akademia, tak jak dział finansowy, jest elementem klubu piłkarskiego, a nie odwrotnie.

Józef Djaczenko