Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Postęp stał się faktem, ale słabości Lechowi nie brakuje

włącz .

Niewiele brakowało do rozczarowania, ale i równie mało do pełnej satysfakcji. Lech w Gliwicach zremisował pokazując, że zmierza we właściwym kierunku. Niedostatków w jego grze i niestety w składzie ciągle jest jednak dużo. Długo jeszcze poczekamy na prawdziwą rewolucję w grze i składzie.

W pierwszym meczu nowego sezonu Lech pokazał się jako drużyna lepsza niż w ostatnim sezonu minionego. Przeciwnik i stadion byłe te same, ale nie takie same. Poprzednim razem Piast był spięty, niepewny swego, bo walczył o historyczne mistrzostwo na stadionie wypełnionym po brzegi. Tym razem najważniejsze, bo pucharowe mecze miał za sobą. Przeżył rozczarowanie, więc na trybunach, zamiast kibiców sukcesu, zasiadła garstka widzów miejscowych i spora grupa fanów Kolejorza.

Poprzednim razem trener Żuraw nie miał dużego wyboru, na młodzież musiał postawić z konieczności. Z tamtego składu przetrwało dwóch zawodników. Gumny, Jóźwiak, Puchacz – to w drużynie jedyni przedstawiciele młodej fali. Gumny zagrał po swojemu, czyli dobrze, ale jego notę obniżają przegrywane pojedynki. „Józiu” był aktywny, trochę chaotyczny, jednak to on napędzał ofensywę Kolejorza. Po faulu na nim przeciwnik grał w osłabieniu. Puchacz zanotował wiele nieudanych dryblingów, ma na sumieniu straty, ale i wyprowadził kilka ciekawych ataków, oddawał dobre strzały.

Pierwsza połowa pokazała, jak dużo Lechowi brakuje do klasy Piasta. Nie potrafi tak łatwo dochodzić do dobrych sytuacji, tak dobrze i celnie dośrodkowywać. Gdyby nie nieskuteczność Parzyszka, który zmarnował kilka „setek”, Lech by z pewnością przegrał. Potrafił się jednak odgryźć, statystyki przemawiają na jego korzyść. To teraz inna drużyna od tej z poprzedniego sezonu.

Spełniły się zapowiedzi trenera. Lech w defensywie nie panikuje, nie wybija piłek na oślep, byle dalej. Miał wyprowadzać akcje podaniami spod własnej bramki i tak się działo. Tyle, że zanim taka akcja rzeczywiście została wyprowadzona, w nieskończoność trwała zabawa w podania w okolicach własnego pola karnego. Wyglądało to tak, jakby celem takiej taktyki było jak najdłuższe przetrzymywanie piłki na własnej połowie, a nie przeniesienie jej do ataku. Gdyby udało się w podobny sposób grać pod bramką rywala, Kolejorz byłby jedyną polską drużyną radzącą sobie z atakiem pozycyjnym.

Ofensywy Lecha nie wzmocnił żaden klasowy zawodnik i niestety było to widoczne. Piast dużo łatwiej i dużo szybciej tworzył zagrożenie pod bramką przeciwnika. U gości szwankowało rozegranie. Przede wszystkim jednak brakowało napastnika. Wystarczyło, że wszedł na boisko, a właściwie weszło aż dwóch, a wynik uległ zmianie. Amaral to gracz z dużą klasą, ale jego potencjał marnuje się, gdy każe mu się walczyć bark w bark z obrońcami, wychodzić do dośrodkowań. W ten sposób trener jednym ruchem pozbył się dwóch kluczowych graczy: rozgrywającego i napastnika.

Nie zawiódł Jevtić. W pierwszej połowie tylko on stwarzał zagrożenie dla obrony Piasta, bo Lech nie potrafił tego zrobić inaczej niż poprzez stałe fragmenty. Skutecznych akcji ofensywnych nie było, za to rzuty rożne i rzuty wolne mogły przynieść bramki. Gol dla Lecha też był dziełem Darko. Idealnie podał, a na boisku był już Tomczyk. Wydaje się, że właśnie on, a nie Żamaletdinow będzie realną alternatywą dla Gytkjaera. Tyle, że zanim Duńczyk wróci do dobrej dyspozycji, minie sporo czasu.

Ostatnie minuty meczu w Gliwicach dowiodły, że zaniedbanie ofensywy było błędem. Zawodnicy, na których trener postawił, nie potrafili złamać broniącego się, osłabionego liczebnie Piasta, a BATE i Lechia pokazały w ostatnich dniach, że pokonanie jego defensywy nie jest trudne. Inna sprawa, że Lech nie chciał sobie pomóc. Gdy koniec meczu szybko się zbliżał i trzeba było energicznie zaatakować, nie wyrzekł się jałowego rozgrywania piłki na własnej połowie.

Józef Djaczenko