Jeszcze nas nie polubiłeś? Do dzieła!:)

Po co komu taki klub?

włącz .

Mecz Liverpoolu z Barceloną zrobił ogromne wrażenie na wszystkich, którzy choć trochę interesują się futbolem. Trudno wydarzeń z Anfield nie odnieść do tego, co dzieje się w innej, bliższej nam części świata. Znów mogliśmy się przekonać, jak wielkie jest znaczenie tego, czego w Poznaniu nie potrafią z drużyny wyzwolić.

Piłkarska klasa jest w dzisiejszych czasach wartością przeliczaną na gigantyczne pieniądze. To truizm, ale nie one wychodzą na boisko, lecz żywi, mający słabości ludzie. Drużyna mająca w składzie nie tylko genialnego Messi’ego, ale i Suareza, czy Coutinho, żeby wymienić tylko gwiazdy tworzące ofensywę, powinna łatwo sobie poradzić z kimś, kogo kilka dni temu łatwo i wysoko ograła. Tym bardziej, gdy rywal przystępuje do meczu bez swych najlepszych piłkarzy.

Jak się okazało jeszcze raz, same umiejętności nie wystarczą, gdy rywal, teoretycznie słabszy i stojący na przegranej pozycji, wzniesie na wyżyny ambicję, wolę walki i wiarę w to, że musi się udać, gdy bardzo się tego chce. Szczęście też jest ważne, ale najczęściej sprzyja ono temu, kto gra jak natchniony, biega jak nakręcony, walczy jak szalony. Gdyby nawet Barcelonie udało się pod koniec meczu zdobyć gola, to i tak w oczach całego świata moralnym zwycięzcą byłby ten, kto podjął się niemożliwego.

Lech dobrze płaci swoim piłkarzom. Prawie najwięcej w kraju. Wydaje na to dziesiątki milionów złotych. Biegający po boisku w koszulce Kolejorza żyją jak pączek w maśle. Zachowują się przy tym tak, jakby wszystkie życiowe plany już spełnili, więc przyszła pora na odcinanie kuponów. Lubią wygrywać, ładnie grać, ale tylko wtedy, gdy mają na to ochotę i wszystko się dobrze układa. Piłkarze Liverpoolu zarabiają wielokrotnie więcej. Prezentują jednak zupełnie inne podejście do życia, do sportu.

Chciałoby się powiedzieć – trudno się temu dziwić, gdy czołowe angielskie kluby mogą sobie pozwolić na sprowadzenie dowolnego piłkarza, a Lech jest skazany na tych, na jakich go stać, albo jakich potrafi wyszkolić. Jednak w sytuacji Liverpoolu jest co najmniej kilka klubów z Wysp i nie tylko stamtąd. Wielką sztuką jest znaleźć graczy z dużym potencjałem piłkarskim i jednocześnie wolicjonalnym. Stworzyć z nich porywająco grający zespół. Zbudować mentalność pozwalającą w decydującym momencie górować na przeciwnikiem podobnej klasy, lub nawet wyższej. To trzeba umieć zrobić. To nie jest zajęcie dla przeciętnego managera, pospolitego trenera.

Przeciwieństwem takiego działania jest Lech. Nie sprowadza piłkarzy o odpowiednich predyspozycjach, bo podejmujący decyzje komitet transferowy nie ma o tym bladego pojęcia. Liczą się podpowiedzi, czyjeś wyobrażenia. W ten sposób w błoto trafiają miliony, za które ktoś z pojęciem o futbolu już dawno stworzyłby drużynę nie gorszą od tych z ościennych państw, które potrafią błysnąć w Europie, i to nie raz lub drugi, ale z sezonu na sezon.

W wysoko kwalifikowanym sporcie bez dużych pieniędzy ni rusz. One jednak nie wystarczą. Kluby, w które wkłada się kasę dla zwykłego śmiertelnika niewyobrażalną, potrafią raz za razem zawodzić. Potrzebny jeszcze jest duch, mentalność zwycięzców. Liverpool nie pierwszy raz dokonał niemożliwego. Z Milanem w finale Ligi Mistrzów też do przerwy przegrywał 0:3 , ale to on wzniósł puchar. Takie coś samo się nie rodzi. O takiego sportowego ducha trzeba zabiegać, kultywować go. Tworzyć atmosferę, która jest kompletnym przeciwieństwem tego, co się od kilku lat unosi nad Bułgarską.

Trzeba być człowiekiem o nietuzinkowej osobowości, by oznajmić fanom żyjącym wynikami swojej drużyny, że teraz liczy się równoważenie budżetu, a na odnoszenie zwycięstw nastawiamy się od roku 2020, bo wtedy będzie nas na to stać. Trzeba być kimś pozbawionym wyobraźni, by na klubowym autokarze, którym piłkarze podróżują na mecze, wymalować obśmiewane od dawna przez kibiców korporacyjne hasło. Równie dobrze mogliby napisać: „Bo liczy się sport i dobra zabawa”.

Ostatni mecz, gdy było jeszcze o co walczyć, na żywo oglądała garstka widzów. Można dyskutować, czy było ich 7 tysięcy, jak informuje klub, czy też nawet tak mała liczba została przesadzona. Tak czy inaczej – wstyd jest wielki, a klub nie potrafi przyznać, że z wydarzeń z meczu z Legią sprzed roku nikt nie wyciągnął wniosków i jeszcze jeden sezon został zmarnowany. Pusta widownia nie jest skutkiem wyników z ostatnich miesięcy, czy nawet sprzed roku. To skutek braku reakcji właściciela klubu na historyczne klęski w poprzednich sezonach, kolejne kryzysy wynikające z partackiego zarządzania drużyną.

Kluby piłkarskie, szczególnie te wielkie istnieją po to, by budzić emocje, porywać kibiców, zdobywać trofea, a przede wszystkim o nie walczyć. W Lechu jest inaczej. Nie ma już sensu pytać, po co właściciel przejął ten klub, czy raczej dla kogo go nabył. Niezależnie od tego, czym się kierował, z całą pewnością wie, że oczekiwania jego i kibiców dramatycznie się rozeszły. A bez kibiców Lecha Poznań nie będzie.

Józef Djaczenko